MICHNIK DOPIĄŁ SWEGO! WYCHOWAŁ CAŁE POKOLENIE POLAKÓW GOTOWYCH WYPRZEĆ SIĘ OJCZYZNY

– Adam Michnik odchodzi, ale zostawił nam ugrzecznionych kontestatorów systemu, sprawujących obecnie władzę. Wylęknionych bluźnierców, jak to ładnie ujął poeta.

Zdaje się, że projekt „Gazeta Wyborcza” powoli skłania się ku niebytowi. Zaplanowany był – podobnie jak „Nie”, inny destruktor polskiego społeczeństwa – na czas jednego pokolenia, który właśnie przemija. Dobra zmiana rzuciła jeszcze Michnikowi na otarcie łez kanał telewizji naziemnej (czyżby w ramach pozytywnego zakończenia spektaklu „Przychodzi Rywin do Michnika”?), potwierdzając tylko, że dla niej przeciwnik znajduje się nie tam, gdzie mówi, że się znajduje, tylko tam, gdzie nie mówi.

Ale tu chyba Michnik nie będzie w stanie dokonać takich rzeczy, jak „na odcinku prasy”. W telewizji jest późnym przybyszem, trudno mu będzie konkurować na polu ogłupiania narodu z takimi macherami jak ci z Polsatu czy TVN-u. A kiedy ruszał na podbój polskich dusz za pomocą gazety, korzystał z handicapu. Jak zapewne starsi Czytelnicy pamiętają, „Wyborcza” była pierwszą w całym bloku wschodnim gazetą opozycyjną, jak się wówczas wydawało, wychodzącą legalnie. Były też inne bonusy, o których po latach pisał Stanisław Remuszko, wówczas dziennikarz tej gazety, w książce Gazeta Wyborcza. Początki i okolice,

Michnik wychował całe pokolenie Polaków, sformatował je równie mocno, jak służba w stalinowskim aparacie represji ukształtowała, choć słuszniej pisać: złamała, charaktery tych, którzy na służbę do diabła wstąpili. Redaktor naczelny nie musiał już, inaczej niż jego brat Stefan, sięgać po narzędzia represji typu: pałka, pistolet, wielogodzinne przesłuchania na odwróconym taborecie, więzienne mury, krzyk bólu, zapach krwi, dławiący strach. Choć paragraf wobec wrażych sił stosował równie namiętnie co braciszek. Dziś wystarczy, użyjmy modnego słowa – stygmatyzacja. A środowisko gazetowowyborcze osiągnęło na tym polu poziom mistrzowski. Pamiętacie Państwo, kto jako pierwszy odsyłał swoich przeciwników politycznych do psychiatry? Określenie „oszołom”, „oszołomstwo” to już czasy nieco późniejsze. I przyszły z inną ekipą.

Trzeba przyznać, że wyzwiska michnikoidów były bardziej jadowite niż inwektywy stosowane przez ich ideowych antecesorów: wszak „wariat” brzmi bardziej deprecjonująco niż „element antysocjalistyczny”, „oszołom” to słowo bardziej poniżające niż „siła kontrrewolucyjna”. No, ale jak już się powiedziało: Michnik miał do dyspozycji słowa, więc musiał ich używać tak, jak funkcjonariusze pałek. I w tym samym celu: aby najpierw zapiekło, a później zabolało. A na końcu – by odechciało się wierzgać przeciwko systemowi. Bo inny cel, w jakim niekiedy używa się słów – przekonać do swoich racji, zupełnie nie wchodził w grę – zarówno wówczas, jak i pół wieku później.

Ale nie tylko stado baranów z łbami wypchanymi pakułami z „GazWybu” zostawił nam Adam Michnik. Nie tylko „nowych Polaków”. Dziś krajem rządzi niedawna opozycja, dokładnie taka, o jakiej zapewne Michnik śnił. Bo jeśli śnił, a śnił na pewno, o ekipie, która dojdzie do władzy dzięki nadziejom ludzi, którzy kontestowali pookrągłostołową rzeczywistość, to o takiej właśnie. Opozycji, która jest za, a nawet przeciw. Opozycji, która jeśli idzie po schodach, to nie wiadomo, czy wchodzi po nich, czy schodzi. Która mówi, że wybory były sfałszowane, a później działa tak, jakby zatraciła pamięć o własnych słowach, która odkrywa przed publiką, że Polska to „niemiecko-rosyjskie kondominium”, a później… jak wyżej.

Która lansuje Żołnierzy Wyklętych, po czym na ambasadora w Niemczech wysyła niejakiego Przyłębskiego (TW „Wolfgang”, nr ewidencyjny 3889), pozyskanego przez komunistyczną policję polityczną Peerelu do współpracy 11 czerwca 1979 r., w celu zapewnienia dopływu informacji operacyjnych dotyczących przejawów działalności antysocjalistycznej w środowisku studenckim w Poznaniu. Były TW „Wolfgang” zapewniał, że nikomu nie zaszkodził, nie dodaje jednak, że sobie, i owszem – pomógł.

Ile osób nie tylko że nie szkodziło innym, ale nawet wolało zaszkodzić sobie, aby tylko nie iść na „lepką ugodę” z oprawcami, odmawiając jakiejkolwiek współpracy z SB? Tego się nie dowiemy, bo ich po prostu nie ma – złamane życie, złamane kariery nie pozwoliły, aby zaszli dalej niż do mało prestiżowej, licho płatnej pracy. Są „nikim” przed ludźmi. Z trudem wiążą koniec z końcem, jak na prawdziwie niezłomnych w postpeerelowskiej rzeczywistości przystało. Dlatego obóz dobrej zmiany się nimi nie interesuje. Bo obóz (łobuz?) dobrej zmiany potrzebuje – jak każdy inny zresztą – ludzi poważnych, na stanowiskach. A takimi zostawali tylko ci, którzy jak Przyłębski czy Zaradkiewicz byli zaradni (przepraszam za przypadkową koincydencję z nazwiskiem) i dobrze się odnajdywali, zarówno w tamtym, jak i w tym systemie.

Niedawno wyczytałem na jednej ze stron internetowych, że zdaniem europosła PiS-u Ryszarda Czarneckiego, Przyłębski bardzo dobrze bronił polskich interesów, niezależnie od tego, co się stało 35 lat temu, a ocena jego pracy jest niesprawiedliwa. Dodał, że wykorzystanie tej sytuacji jako pretekstu do ataku na jego żonę uważa za nieprzyzwoite. Żona byłego TW „Wolfganga” jest obecnie prezesem jednego z sądów. Nie wiem i nie chce się mi sprawdzać, czy TK, czy może SN. A może jeszcze innego? W każdym razie na piastowane stanowisko musiał wlepić ją któryś z Wielkich Kadrowych Prawa i Sprawiedliwości, bo słuchy chodzą, że swój urząd piastuje z poręczenie PiS-u.

W normalnym państwie po Przyłębskim nie byłoby już śladu – kiedy w otoczeniu kanclerza Willy’ego Brandta wykryto enerdowskiego szpiega na stanowisku sekretarza kanclerza RFN, Brandt podał się do dymisji. I dymisja została przyjęta. Nikt nie oglądał się na to, że Brandt to wybitny polityk, że ma olbrzymie zasługi i, trawestując słowa Rysia europosła, bardzo dobrze bronił interesów Niemiec, niezależnie od tego, kto tam uwił sobie gniazdko pod jego bokiem. Ale Niemcy to poważne państwo.

Przecież w normalnym kraju nie tylko Przyłębski powinien polecieć, ale również Wielki Kadrowy, który go wytrzepał z rękawa, jak też parę innych osób wprzęgniętych w procedurę weryfikacyjną, bo chyba jakoś tam sprawdza się kandydata na urząd ambasadora, w dodatku w tak istotnym państwie jak Niemcy? À propos dymisji. Podał się do niej wiceszef IPN-u Krzysztof Szwagrzyk. Kolegium jej nie przyjęło, a i samemu zainteresowanemu się po pewnym czasie odwidziało. Stąd 28 lutego rano złożył dokument wycofujący wniosek o dymisję, dostarczony miesiąc wcześniej. I zupełnie niepotrzebnie, Panie Krzysztofie, bowiem jeden z portali już zdążył Pana obwołać „profesorem wyklętym”. Nie lepiej było odejść w bliskiej Panu zapewne chwale „wyklętego”?

fot: Onet.pl

warszawskagazeta.pl

Autor: 
fot: Onet.pl
Źródło: 

warszawskagazeta.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.