Oskarżyć Pana Boga. Jak Zbigniew Ziobro szuka winnych śmierci swojego ojca

Reklama

Minister sprawiedliwości chce, by ktoś odpowiedział za śmierć Jerzego Ziobry. Ale lekarze mówią, że czasem na ławie oskarżonych można posadzić już tylko Pana Boga.

  • Ta historia trwa od 11 lat. Czwórka lekarzy na ławie oskarżonych. Kolejne instancje ich ułaskawiają. Ale sprawa wciąż nie jest zakończona
  • Działania organów śledczych z okresu rządów ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry nabierają dodatkowego znaczenia: nasi rozmówcy mówią wręcz o obsesji
  • Rodzina Ziobrów chce udowodnić istnienie układu między kardiologami a biegłymi ze Śląska, którzy wydali opinie, że błędu lekarzy nie było. Sam minister Ziobro uzna je za kłamliwe i wynikające z biznesowo-towarzyskich powiązań z oskarżonymi
  • Pytany przez Onet minister Ziobro zarzeka się jednak, że sprawowana przez niego funkcja "nie ma i nie powinna mieć znaczenia" dla całej sprawy. Na nasze pytanie odpowie: "Proces toczył się od wielu lat, zanim zostałem ministrem"

Jerzy Ziobro zmarł na zawał serca 2 lipca 2006 roku. Wcześniej zmagał się z ostrym zespołem wieńcowym, chorobą bezpośrednio zagrażającą życiu. - Robiliśmy wszystko, by go uratować - mówią lekarze, którzy do ostatnich chwil byli przy pacjencie.

Wszyscy pracują w klinice kardiologicznej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. W jednej z najlepszych placówek w kraju.

Wkrótce przeciwko nim zostanie posłany aparat państwa. Zostaną zmienione przepisy prawa. Pojawi się całkiem nowe przestępstwo, a sędzia orzekająca w ich sprawie będzie poddawana presji niespotykanej dotąd na salach sądowych. - System będzie działał na granicy obsesji – powie po latach obrońca jednego z lekarzy, mec. Jan Widacki.

MY BOGAMI NIE JESTEŚMY

Czemu nie udało się powstrzymać śmierci Jerzego Ziobry?

Minister Zbigniew Ziobro odpowiada na pytania Onetu

Oto pełna wersja pisemnych odpowiedzi ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na pytania Onetu, związane z historią postępowań oraz procesu wytyczonego lekarzom-kardiologom przez rodzinę Ziobrów po śmierci ojca ministra Jerzego Ziobry w 2006 roku.

Ojciec Zbigniewa Ziobry - który sam jest lekarzem - stawia się w szpitalu prawie dwa tygodnie wcześniej. Narzeka na serce. Lekarze wykonują badania i w końcu, po uzyskaniu zgody chorego, decydują się na wszczepienie tzw. stentów. Decyzję popiera rodzina ministra. Zabieg kończy się sukcesem, ale po kilku dniach nadchodzi kryzys. Wieczorem 1 lipca stan pacjenta, u którego stwierdzono ostry zespół wieńcowy, gwałtownie się pogarsza.

Prof. Dariusz Dudek, kardiolog z krakowskiej kliniki, który operował Jerzego Ziobrę: - To był późny wieczór. Nagle dostałem telefon, że coś złego dzieje się z pacjentem. Dla mnie to był szok, bo pan Ziobro pomyślnie przeszedł zabiegi kilka dni wcześniej i już dochodził do siebie. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że wkrótce wróci do domu.

Prof. Dudek jest akurat w Przemyślu, ale po wykonaniu innych zabiegów natychmiast jedzie do kliniki. Biegli sądowi ocenią po latach, że w szpitalu podjął "heroiczną próbę ratowania życia pacjenta".

Na miejscu są też dwaj inni lekarze: dr Katarzyna Styczkiewicz i jeden z najbardziej znanych kardiologów w regionie, dr Andrzej Kmita. Ten drugi, podobnie jak Dudek, w klinice zjawia się w nocy. Wspólnie starają się reanimować pacjenta.

Bez powodzenia. Po północy Jerzy Ziobro umiera.

Prof. Dariusz Dudek. - Przyzwyczailiśmy się, że kardiolodzy wyciągają pacjentów z największych tarapatów. Ale my nie jesteśmy bogami. Przy chorobie niedokrwiennej serca, przy ostrych zespołach wieńcowych, ryzyko śmierci wciąż wynosi kilka procent. Czemu? Współczesna medycyna jeszcze nie zna odpowiedzi.

Prof. Leszek Bryniarski, który zajmował się chorym tuż po przyjęciu go do kliniki, tłumaczy: - Jednej rzeczy ludzie nie rozumieją. Pacjent może siedzieć tak, jak teraz pan redaktor. Może wyglądać dobrze, czuć się dobrze i normalnie rozmawiać. A za pięć minut mieć zawał w wyniku dramatycznych zmian wewnętrznych, których nie miał wypisanych na twarzy.

- Co tu można więcej powiedzieć? Wszystko było lege artis - rozkłada ręce prof. Bryniarski. - Nie udało się powstrzymać tej śmierci, ale lekarze robili wszystko, co się dało.

W nocy, tuż po śmierci Jerzego Ziobry, w klinice zjawia się rodzina zmarłego: żona Krystyna i syn Witold. - Nie mieli do nas pretensji - wspomina prof. Dudek. - Dla wszystkich to była bolesna wiadomość, ale rodzina przyjęła ją ze zrozumieniem. Ufali nam, konsultowali z nami wszystkie działania. Minister Ziobro osobiście stawiał się w klinice i dziękował za opiekę nad ojcem.

- I nic nie wskazywało na to, że ich postawa diametralnie się zmieni.

W NAGRODĘ TRYBUNAŁ

Prof. Dariusz Dudek

Foto: Materiały prasoweProf. Dariusz Dudek

O doniesieniu do prokuratury, złożonym przez Witolda Ziobrę, prof. Dudek dowiaduje się w trakcie wakacji.

- To było kompletne zaskoczenie. Gdzieś w telewizji, albo w gazecie pojawił się komunikat, że rodzina składa wniosek do prokuratury o wszczęcie postępowania przeciwko nam. Zamarłem. To się wydawało kompletnie niedorzeczne. No bo co można było nam zarzucić? Że wzorowo wykonaliśmy zabieg koronarografii? Że w trakcie angioplastyki nie doszło do żadnych powikłań? Byłem gotowy na rozmowę z ministrem, ale on nigdy nie pytał o przyczyny tej śmierci. Spotkaliśmy się dopiero na sali sądowej.

Czterem lekarzom rodzina ministra zarzuca narażenie Jerzego Ziobry na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia.

Kim są oskarżeni?

Sam akt oskarżenia wniesiony przez rodzinę Ziobry jest druzgocący. "Lekarze wprowadzali w błąd", "fałszowali obraz", "wykonywali zabiegi, które miały związek ze śmiercią pacjenta".

Prof. Dudek: - To nie brzmiało jak oskarżenie o błąd lekarski. Nam się wydawało, że zostaliśmy oskarżeni o zabójstwo.

Prof. Dariusz Dudek to kardiolog znany na całym świecie. Od 15 lat wykłada o technice zabiegowej na wszystkich kontynentach. Do tego autor książek, zdobywca prestiżowych nagród, rekordzista pod względem publikacji naukowych z zakresu kardiologii w całej historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. I najpoważniejszy kandydat do objęcia stanowiska szefa kardiologów inwazyjnych Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Prof. Jacek Dubiel jest chodzącą legendą kardiologii. W czasach PRL organizował kliniki i opracowywał nieznane wcześniej metody leczenia. Wiele z nich do dziś stosuje się w ośrodkach na świecie.

Dr Andrzej Kmita to jeden z największych specjalistów w dziedzinie kardiologii w Krakowie. Dr Katarzyna Styczkiewicz - utalentowana lekarka, która w dniu śmierci Jerzego Ziobry pełniła nocny dyżur.

Śledztwo przeciwko lekarzom budzi w środowisku poruszenie. Początkowo toczy się w krakowskiej prokuraturze, ale wkrótce - jeszcze za poprzednich rządów PiS - zostaje przeniesione do Ostrowca Świętokrzyskiego, oddalonego od stolicy Małopolski o 170 kilometrów. W tygodniku "Polityka" jeden z rozmówców przyzna po latach, że powodem tej decyzji był brak zaufania Ziobrów do krakowskich prokuratorów, którzy sami leczyli się u oskarżanych kardiologów.

Jednak w kwietniu 2008 roku, gdy minister Ziobro jest już tylko europosłem, śledczy z Ostrowca postępowanie umarzają. Posiłkują się opiniami biegłych z Katedry Zakładu Medycyny Sądowej w Łodzi. A ich zdaniem nie było mowy ani o nieumyślnym, ani tym bardziej o celowym narażaniu pacjenta na utratę zdrowia i życia. Stwierdzają, że śmierci Jerzego Ziobry nie dało się zapobiec.

Rodzina Ziobrów decyzję prokuratury przyjmuje z dezaprobatą. Ekspertyzom polskich biegłych sądowych przeciwstawia opinie przygotowane na zamówienie przez zagranicznych lekarzy. Zbigniew Ziobro mówi Onetowi, że łącznie kosztowały ponad 40 tysięcy złotych. Według "Polityki" - około 100 tysięcy.

Autorem jednej z tych ekspertyz jest prof. Ferdinand Leya. To wychowanek prof. Dubiela, do niedawna dobry znajomy krakowskich lekarzy. Polak z Podhala, który wyjechał do USA. Ten w swojej opinii nie pozostawia złudzeń: gdyby nie niekompetencja i pogarda kardiologów, Jerzy Ziobro nadal by żył. Zachowanie dawnych kolegów określa mianem "żałosnych". Argumentuje, że w klinice panował chaos, a działania lekarzy były nieskoordynowane.

Treść tej opinii stanie się później przedmiotem wielu rozważań na sali sądowej. W analizie przygotowanej przez profesora Leyę kluczowy jest "argument kaczki". "Jeżeli coś chodzi jak kaczka" - pisze prof. Leya- "kwacze jak kaczka i wygląda jak kaczka, to z pewnością jest to kaczka, a nie żyrafa". Dowodzi, że tej prostej prawdy nie pojęli krakowscy lekarze, którzy mieli przeoczyć u pacjenta rodzący się zawał serca.

Rodzina Ziobrów skarży decyzję prokuratury. Manewr przynosi skutek. Sąd nakazuje przyjrzeć się sprawie jeszcze raz. W uzasadnieniu nie sugeruje, że lekarze popełnili błędy, ale żąda od śledczych poszerzenia materiału dowodowego. Na sali sądowej rodzinę zmarłego reprezentuje Piotr Pszczółkowski, który po latach - gdy PiS wróci do władzy- głosami partii rządzącej zostanie wybrany sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Zagłosuje na niego także sam Zbigniew Ziobro.

Pszczółkowski odnosi połowiczny sukces: przedłuża śledztwo o kolejne trzy lata, ale ostatecznie nie przekonuje śledczych. W czerwcu 2011 roku prokuratura znów nie stawia lekarzom zarzutów. Niezależni kardiolodzy, których pyta o opinie, konsekwentnie nie dopatrują się w ich działaniu jakichkolwiek błędów.

Krakowscy lekarze po pięciu latach walki oddychają z ulgą. Wkrótce okaże się, że przedwcześnie.

Prof. Jacek Dubiel, szef kliniki w dniu śmierci Jerzego Ziobry: - W portalu Collegium Maius w Krakowie wypisana jest łacińska sentencja: »plus ratio quam vis« (z łac. więcej znaczy rozum niż siła). W naszej sytuacji siła władzy miała okazać się większa niż siła umysłu i racji.

JAK OSKARŻENIE O ZABÓJSTWO

Mec. Piotr Pszczółkowski na sali sądowej w towarzystwie rodziny Ziobrów

Foto: fot. Michał Łepecki / Agencja GazetaMec. Piotr Pszczółkowski na sali sądowej w towarzystwie rodziny Ziobrów

Rodzinie ministra Ziobry początkowo zostaje tylko jedna droga przewidziana polskim prawem: wniesienie prywatnego aktu oskarżenia. Podpisują się pod nim Krystyna Kornicka-Ziobro i jej synowie: Zbigniew i Witold.

Nasz rozmówca: - Wtedy znów poproszono o pomoc mec. Pszczółkowskiego. Stworzył dzieło, które zawierało masę błędów i wzajemnie sprzecznych argumentów. Na tym etapie jednak nie było już innego wyjścia. Gdyby nie prywatne oskarżenie, sprawę trzeba byłoby zakończyć. Pszczółkowski podjął się walki, która wydawała się być z góry przegrana.

Ale i to nie przynosi skutku. Rodzina jest rozczarowana. Po kolejnych niepowodzeniach, w końcu sięga po ostatnią broń: zwraca się do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, by ten wniósł kasację do Sądu Najwyższego. I wówczas - nie pierwszy i nie ostatni raz w tej sprawie - dochodzi do dziwnej sytuacji. Prokurator wnosi kasację, a ta zostaje rozpatrzona pozytywnie.

Prof. Andrzej Zoll, profesor prawa, w przeszłości prezes TK i rzecznik praw obywatelskich: - Nigdy nie spotkałem się z takim przypadkiem. Przecież prokuratura wcześniej sama umarzała postępowania, bo nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. A później za każdym razem do jej decyzji przychylał się sąd. I nagle sama prokuratura wnosi kasację od tego wyroku? To jakaś rażąca niekonsekwencja, której nie potrafię wytłumaczyć.

Mec. Krzysztof Bachmiński, obrońca prof. Jacka Dubiela, opowiada o jeszcze jednej zadziwiającej sytuacji: - Sąd Najwyższy, wydając wyrok, nie dysponował aktami tej sprawy. I sam przyznał to w trakcie rozprawy. Wszystkie akta przeleżały w Krakowie i nie zostały ściągnięte do Warszawy. Naprawdę ciężko to pojąć.

W 2013 roku, w wyniku kasacji, dzieje się to, w co dotąd wierzyła tylko rodzina Zbigniewa Ziobry. Czterej krakowscy lekarze - za sprawą prywatnego aktu oskarżenia - stają przed sądem. Są oskarżani o narażenie Jerzego Ziobry na bezpośrednie zagrożenie utraty zdrowia i życia.

Prok. Marek Baca - z wydziału Prokuratury Krajowej podległej ministrowi Ziobrze – stwierdzi tuż przed wydaniem wyroku, że lekarze narażali pacjenta na niebezpieczeństwo "umyślnie, wskutek z góry powziętego zamiaru". Tak daleko idące oskarżenie to rzadkość w stosunku do lekarzy. Prokurator nie będzie miał jednak innego wyboru. Gdyby krakowskim kardiologom chciał zarzucić działanie nieumyślne, powołałby się na zarzut już przedawniony.

Ale na razie jest marzec 2013 roku. Prof. Dariusz Dudek przypomina sobie wakacje sprzed siedmiu lat, gdy dowiedział się o pierwszym doniesieniu do prokuratury. Pozostali lekarze wspominają lata procesu, w trakcie którego prokuratura i sądy dwukrotnie umarzały sprawę. Są zagubieni. Nie rozumieją, jak to się stało, że w sądzie skończyli jako oskarżeni.

Sam akt oskarżenia wniesiony przez rodzinę Ziobry jest druzgocący. "Lekarze wprowadzali w błąd", "fałszowali obraz", "wykonywali zabiegi, które miały związek ze śmiercią pacjenta".

Prof. Dudek: - To nie brzmiało jak oskarżenie o błąd lekarski. Nam się wydawało, że zostaliśmy oskarżeni o zabójstwo.

Wiele zarzutów kardiologom wydaje się całkiem niedorzecznych. Lekarze są oskarżeni m.in. o to, że w szpitalu brakowało odpowiedniej windy; że oni sami bezpodstawnie uspokajali rodzinę; że Jerzego Ziobrę na niebezpieczeństwo narażali nawet w chwilach, gdy znajdowali się poza kliniką.

PUŁAPKI MINISTRA ZIOBRY

Zbigniew Ziobro

Foto: Piotr Bławicki / East NewsZbigniew Ziobro

Proces się rozpoczyna, ale rodzina Zbigniewa Ziobry wciąż ma w garści zaledwie opinie zagranicznych specjalistów. I dwa problemy na głowie. Po pierwsze: w Polsce nikt nie zna lekarzy oskarżających krakowskich kardiologów. Wyjątkiem jest Ferdynand Leya, który zanim wyjechał do Stanów, pobierał nauki w Krakowie.

Co z pozostałymi? "Polityka" w lipcu poprzedniego roku sprawdziła ich dorobek naukowy. Okazało się, że tylko jeden spośród zagranicznych ekspertów Ziobrów może konkurować z prof. Dudkiem. Dziesięciu innych łącznie miało na koncie 147 publikacji w największej na świecie bi­bliotece medycznej. Sam jeden prof. Dudek w tym samym czasie publikacji miał 369.

Ale to drugi problem jest poważniejszy. Sąd prywatnych opinii zamówionych przez rodzinę ministra Ziobry nie może traktować na równi z ekspertyzami polskich biegłych.

Tymczasem specjaliści ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach potwierdzają wcześniejsze ustalenia kolegów z Łodzi i także nie doszukują się winy kardiologów. Piszą, że Jerzy Ziobro zmagał się z ostrym zespołem wieńcowym, czyli chorobą śmiertelną. Podkreślają wzorowe i profesjonalne zachowanie krakowskich lekarzy. I tłumaczą: schorzenie pacjenta było na tyle poważne, że mogło doprowadzić do zgonu niezależnie od wprowadzonej metody leczenia.

To w zasadzie ustawia cały proces: sąd nie jest zdolny, by samemu oceniać działania kardiologów, korzysta więc z analiz ekspertów.

Ale właśnie wtedy do władzy - po ośmiu latach przerwy - wraca Zbigniew Ziobro.

APARAT PAŃSTWA ZARZUCA SIEĆ

Zbigniew Ziobro z matką, Krystyną

Foto: Marek Lasyk/REPORTER / East NewsZbigniew Ziobro z matką, Krystyną

Minister w walce przeciwko lekarzom otwiera nowy front: od teraz, wraz z rodziną, będzie chciał udowodnić istnienie układu między kardiologami a biegłymi ze Śląska, którzy wydawali opinie niekorzystne dla oskarżycieli. Przygotowane przez nich ekspertyzy uzna za kłamliwe i wynikające z biznesowo-towarzyskich powiązań z oskarżonymi.

Dziś Zbigniew Ziobro, pytany przez Onet, przekonuje, że wśród biegłych byli koledzy oskarżonych, "znający się i współpracujący z nimi od lat". "Jednego łączyły biznesowe relacje z oskarżonym, inny napisał z oskarżonym lekarzem kilkadziesiąt artykułów. Sędzia nie uwzględniła nawet wniosku biegłego, który sam prosił o wyłączenie ze sprawy z powodu znajomości z oskarżonym" - twierdzi minister i prokurator generalny. I mówi wprost, że biegli zostali powołani niezgodnie z prawem.

W lipcu 2016 roku prokuratura wszczyna postępowanie w sprawie wyłudzenia przez nich 370 tys. złotych (tyle kosztowała Skarb Państwa przygotowana przez nich opinia uzupełniająca).

Kilku z naszych rozmówców twierdzi, że wtedy zaczyna się obława. Doktorzy i profesorowie kardiologii, którzy zostali poproszeni o przygotowanie opinii, nagle sami znajdują się w kręgu podejrzanych. U części z nich policjanci zjawiają się o 6 rano. Nikt tak do końca nie rozumie, czego właściwie chcą.

Prokuratura sprawę wyjaśnia lakonicznie. Agnieszka Chudyka z Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej tłumaczy w "Gazecie Wyborczej", że chodzi o rzekome zawyżenie kosztów opinii biegłych. O szczegółach mówić nie chce.

Pytamy o to ministra Ziobrę."Prokuratorskie postępowanie wykazało, że w tej sprawie doszło do wyłudzenia - pisze. - Postawiono zarzuty szefowi zespołu biegłych, który fałszował czas pracy innych ekspertów i na tej podstawie przedstawił drastycznie zawyżoną wycenę. Biegli zeznali, że dawali mu podpisane in blanco rachunki, a szef zespołu sam wpisywał nieprawdziwe informacje".

Mec. Zbigniew Kubicki, obrońca Jacka Dubiela, powie później na sali sądowej: - W tej sprawie doszło do próby podważenia opinii biegłych, z jaką rzadko spotykamy się w sądzie. To wstyd, ale wkrótce w Polsce zacznie brakować chętnych do pełnienia tej funkcji. Bo jak współpracować, skoro zawsze można narazić się na zarzut karny? Skoro zawsze wizytę złożyć mogą organy ścigania?

Znajomy Dubiela: - Jacek wpadł w depresję. Jest cieniem siebie sprzed lat. Tego nie mogę darować ministrowi Ziobrze. Zniszczył człowieka, który tysiącom ludzi podarował dłuższe życie. Który podobnie jak pozostała trójka, nigdy nie zdradził pacjenta.

Działania prokuratury stają się coraz bardziej zastanawiające. W październiku na stronie internetowej Prokuratury Krajowej pojawia się komunikat o postawieniu zarzutów prof. Jarosławowi W., jednemu z najwybitniejszych polskich kardiologów, wykładającemu m.in. w Japonii i USA. Zarzuty nie dotyczą jednak sprawy Jerzego Ziobry, lecz nielegalnie posiadanej broni.

Znajomy profesora W.: - Aparat państwa rzucił wielką sieć w nadziei, że uda się kogoś w nią złapać. A że nie ma to żadnego związku ze śmiercią pana Ziobry i z opiniami biegłych? A kogo to interesuje? A czy kogoś interesowało to, że broń znaleziona u profesora, była tak naprawdę bronią kolekcjonerską z okresu II wojny światowej? I że profesor zbierał ją hobbystycznie, a nie po to, by zabijać ludzi?

Prof. Dariusz Dudek: - Okres powrotu do władzy pana Zbigniewa Ziobry, to dla nas początek prawdziwego koszmaru.

Prof. Jacek Dubiel: - Siła reprezentowana przez stronę skarżącą uderzyła nie w nas, lecz w tysiące naszych pacjentów. W całe rzesze bezimiennych, wdzięcznych chorych.

Po przejęciu władzy przez PiS, sprawy toczą się coraz szybciej.

W kwietniu 2016 roku minister sprawiedliwości, a zarazem prokurator generalny Zbigniew Ziobro w całej Polsce powołuje specjalne jednostki ds. błędów lekarskich. Odtąd prokuratury regionalne i rejonowe mają takie przypadki traktować priorytetowo.

Pytany przez Onet o powody, minister Ziobro odpowiada: "Taką tezę uzasadniają twarde fakty. Przeprowadzona w Prokuraturze Krajowej analiza wykazała, że 60 procent decyzji o umorzeniu postępowań dotyczących błędów medycznych było błędnych. Podejmowano je bez zebrania wystarczających dowodów, które umożliwiłyby rzetelną ocenę spraw, albo przyjmowano błędną kwalifikację przestępstw. W 2015 roku zaledwie 4 procent postępowań zakończyło się aktami oskarżenia albo wnioskami o ukaranie".

To nie jedyna zmiana.

Także w kwietniu, z inicjatywy ministerstwa sprawiedliwości, posłowiezmieniają przepisy karne w zakresie odpowiedzialności za przygotowanie fałszywej opinii przez biegłego. Maksymalna kara pozbawienia wolności zostaje podniesiona z 3 do 10 lat.

Przestępstwem staje się też przygotowanie przez biegłego opinii "nieumyślnie fałszywej". Grożą za to 3 lata więzienia.

W sierpniu pojawia się przepis, zgodnie z którym to Skarb Państwa ma ponosić koszty procesów toczonych z prywatnego oskarżenia.

W samym procesie dzieje się też rzecz zaskakująca: po dziesięciu latach przeciwko lekarzom występuje prokuratura, która wcześniej dwukrotnie umarzała postępowanie. Dołącza do oskarżycieli prywatnych i odtąd sprawa toczy się w trybie oskarżenia publicznego. Po kilku miesiącach skorzysta na tym rodzina Ziobrów –w razie przegranej, uniknie konieczności opłacenia kosztów sądowych.

W lutym 2017 roku, Krystyna Kornicka-Ziobro, pytana przez "Dziennik Gazetę Prawną" wprost o to, czy jej syn osobiście nakazał prokuraturze przyłączenie się do sprawy, stwierdza: - Nie musiał. Każdy prokurator w każdym momencie może się przyłączyć do procesu. (..)Na pewno osobiste doświadczenie naszej rodziny miało wpływ na zmiany w prawie, które będą chronić innych ludzi. Zresztą uważam, że jeśli mój syn widzi krzywdę, manipulacje, to powinien działać, a nie sprawy zamiatać pod dywan.

Zbigniew Ziobro zarzeka się jednak, że sprawowana przez niego funkcja "nie ma i nie powinna mieć znaczenia" dla całej sprawy. Na nasze pytanie odpowie: "Proces toczył się od wielu lat, zanim zostałem ministrem".

Prof. Andrzej Zoll rozkłada ręce: - Nigdy nie słyszałem o tym, by prokurator generalny wnosił kasację od wyroku w sprawie prywatnego aktu oskarżenia. Nigdy nie słyszałem o tym, by prokuratura po latach dołączała do procesu, choć wcześniej sama dwukrotnie umarzała postępowanie. Wiele rzeczy obserwuję po raz pierwszy w życiu. A zmiany przepisów w zakresie opłacania kosztów procesu, proszę wybaczyć, nawet nie mam siły komentować. To kompletny absurd.

WYŁĄCZYĆ SĘDZIĘ

 sędzia Agnieszka Pilarczyk

Foto: Kuba Ociepa / Agencja GazetaNa pierwszym planie: mec. Piotr Kardas, obrońca prof. Dudka. W tle: sędzia Agnieszka Pilarczyk

Jednak prawdziwym celem ministra i jego rodziny staje się orzekająca w procesie sędzia Agnieszka Pilarczyk.

To o niej Zbigniew Ziobro - jeszcze przed wyborami - mówi na jednym ze spotkań w Katowicach: "musimy znaleźć sposób, by z niektórymi sędziami rozmawiać inaczej". Minister podaje kilka przykładów, wśród których pada nazwisko Agnieszki Pilarczyk.

Prok. Marek Baca w trakcie rozpraw bez skrępowania podważa decyzje podejmowane przez sędzię. W końcu Pilarczyk nie wytrzymuje. Na sali sądowej wyznaje, że po raz pierwszy w życiu jest poddawana takim naciskom.

Krystyna Kornicka-Ziobro, matka ministra sprawiedliwości, w trakcie wystąpienia na sali sądowej, nie pozostawia złudzeń: - Sędzia Pilarczyk stała się stroną w tej sprawie i definitywnie przestała pełnić rolę bezstronnego sędziego. A to ostatecznie dyskwalifikuje ją w tym procesie.

Tuż przed zamknięciem przewodu sądowego prokuratura wyprowadza jeszcze jeden cios. Nieoczekiwanie wszczyna postępowanie w sprawie okoliczności związanych ze zleceniem uzupełniającej opinii biegłych. Śledztwo rusza na podstawie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sędzię Agnieszkę Pilarczyk. Jak się okazuje, doniesienie wnosi Krystyna Kornicka-Ziobro.

Wieczorem prokuratura wypuszcza komunikat, a dzień później oskarżyciele znajdują sposób, by z sędzią "porozmawiać inaczej" - wnioskują o wyłączenie jej z orzekania w procesie.

Mec. Krzysztof Bachmiński, obrońca prof. Dudka, który w czasie PRL bronił opozycjonistów, mówi wtedy: - Przeżywam deja vu. Nie sądziłem, że po latach znów przyjdzie mi uczestniczyć w procesie politycznym.

Mec. Jan Widacki, który w procesie bronił lekarkę Katarzynę Styczkiewicz: - Zaczęto działać na granicy obsesji. Sędzia znalazła się pod olbrzymią presją.

O próbie wyłączenia z procesu sędzi Pilarczyk chcemy porozmawiać z prokuratorem Bacą tuż po jednej z rozpraw. Odmawia. Nie chce rozmawiać z dziennikarzem, który – jak mówi - "ulega presji". Po chwili odwraca się na pięcie, siada na ławce i zaczyna rozmowę telefoniczną. Nie udaje nam się dowiedzieć, o jaką presję chodzi.

Za to proszony przez Onet o odpowiedź minister Ziobro używa mocnych słów. Przekonuje, że w trakcie procesu sędzia Pilarczyk "złamała prawo", "naruszyła zasadę równości stron" i "nie była obiektywna.". "Na moją mamę nasłała nawet policję. Chciała na łóżku sprowadzić ją na salę rozpraw - po tym, gdy mama przewróciła się na ulicy i uderzyła tyłem głowy o chodnik. Nawet członków gangu pruszkowskiego nie dowożono ze szpitala na salę rozpraw" –odpisał Onetowi minister Ziobro.

Tę i kilka innych spraw sędzia Pilarczyk przedstawia zupełnie inaczej. Na sali sądowej tłumaczy, że wysłała nie "policję", a karetkę - zgodnie z obowiązującymi przepisami. Skorzystanie z niej było prawem, a nie obowiązkiem matki ministra.

Prof. Andrzej Zoll mówi wprost, że prokuratura podejmowała bezprecedensowe próby wpłynięcia na decyzję sądu. - To niedopuszczalne. Mam wrażenie, że w tym procesie gra nie toczyła się w oparciu o zasady podziału władzy i niezależności sądownictwa.

- Czy atak na sędzię Pilarczyk mógł być wcześniej zaplanowaną ustawką?

- To wyglądało na skoordynowane działanie, mające na celu niedopuszczenie do wydania wyroku – odpowiada profesor Zoll.

Kilka dni później sąd w innym składzie orzeka, że nie ma żądnych podstaw do wyłączenia z orzekania sędzi Pilarczyk.

ZEMSTA TO ZEMSTA

 prok. Marek Baca

Foto: Kuba Ociepa / Agencja GazetaNa głównym planie: prok. Marek Baca

Równocześnie - niezależnie od procesu, postępowania przeciwko biegłym, śledztwu w sprawie sędzi Pilarczyk i licznym zmianom prawa - aparat państwa toczy bitwę z lekarzami na kolejnych frontach.

Prokuratura przypomina sobie, że dekadę temu prof. Dudkowi udało się w ramach współpracy międzynarodowej doprowadzić do przekazania w formie darowizny dużej partii stentów dla Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Śledczy zaczynają sprawdzać, czy część z nich potajemnie odsprzedał prywatnym ośrodkom medycznym. Nad ranem profesora odwiedzają policjanci przysłani przez prokuraturę.

- Zrozumieliśmy, że polowanie nigdy się nie skończy. Ja miałem zostać wskazany nie tylko jako zabójca ojca ministra, ale też jako członek zorganizowanej grupy przestępczej - mówi prof. Dudek.

- Czego policjanci szukali u pana w domu o 6 rano?

- Stentów, które dziesięć lat temu trafiły do kliniki.

- Była szansa, że znajdą je u pana w domu?

- Proszę pana, stenty to urządzenia poszerzające tętnice w zabiegach kardiologicznych. Przez lata były implantowane chorym. Nie, nie trzymałem ich w nocnej szafce.

10 stycznia 2017 roku policjanci na polecenie prokuratury wkraczają równolegle do 16 prywatnych placówek medycznych w całej Polsce. Czego szukają? Prok. Łukasz Żuradzki z wydziału zamiejscowego Prokuratury Krajowej w Krakowie, pytany przez media o powody przeprowadzenia akcji, odmawia komentarza.

Jeden z naszych rozmówców: - Szukali dokumentów obciążających prof. Dudka. I szczerze mówiąc, nie było ważne, czy coś znajdą, czy nie.

- Jak to nie było ważne?

- Właściciele prywatnych placówek boją się, że te wejścia mają związek z aktualnie forsowaną przez Ziobrę nową ustawą o tzw. konfiskacie rozszerzonej. Jeśli w ośrodkach zdrowia, wobec których minister jest niechętny, zostaną stwierdzone jakieś nieprawidłowości, to państwo będzie mogło przejmować te firmy do czasu ostatecznego wyjaśnienia sprawy. I w ten sposób je wykończyć. Mówiłem, żeby pan się nie dziwił. Zemsta to zemsta.

WYROK NA POCIESZENIE

Tymczasem po nieudanej próbie wyłączenia sędzi, w lutym odbywa się ostatnia rozprawa w procesie czwórki lekarzy. Ma podniosły charakter. Na sali jest prok. Baca, dwaj pełnomocnicy rodziny Ziobrów, a także Krystyna Kornicka-Ziobro oraz jej syn, Witold. W ostatnich wystąpieniach żądają kary pozbawienia wolności dla wszystkich oskarżonych lekarzy.

W mowie końcowej matka ministra sprawiedliwości mówi, że nie liczy na sprawiedliwy wyrok. Dodaje, że sąd w tej sprawie zrobił wszystko co możliwe, by nie doprowadzić do ustalenia prawdy.

Mec. Jan Widacki, na sali sądowej, pyta retorycznie:- Każdego dnia na całym świecie ktoś umiera. Czasami dzieje się to w szpitalu. I my wszyscy także kiedyś umrzemy. Czy naprawdę wszystkich lekarzy należy za to postawić przed sąd?

10 lutego 2017 roku - po jedenastu latach gehenny - sąd uniewinnia lekarzy od wszystkich stawianych im zarzutów. Nie widzi związku między śmiercią pacjenta a zachowaniem lekarzy. Gdy ogłasza wyrok, na sali nie ma ani Krystyny Kornickiej-Ziobro, ani jej synów: Zbigniewa i Witolda.

Matka ministra sprawiedliwości natychmiast zapowiada apelację. W mowie końcowej, jeszcze przed ogłoszeniem wyroku, tłumaczy: "tego wymaga ode mnie pamięć o moim mężu, szacunek dla ludzkiego życia i dobro polskich pacjentów".

JEDNEGO NIE MOGĘ DAROWAĆ

 prof. Dariusz Dudek

Foto: Materiały prasoweNa pierwszym planie: prof. Dariusz Dudek

Proces najtrudniej znosi prof. Jacek Dubiel - w chwili śmierci Jerzego Ziobry szef krakowskiej kliniki. Jeden z najwybitniejszych polskich kardiologów. Odkąd w kinach pojawił się film o życiu Zbigniewa Religi, o takich jak on mówi się: "Bogowie". Bez grama przesady, bo o cudach dokonywanych przez prof. Dubiela w środowisku lekarskim do dzisiaj krążą legendy.

Prof. Krzysztof Żmudka, kierownik Kliniki Kardiologii Interwencyjnej UJ w Szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie, jeden z wielu uczniów prof. Dubiela: - Ten, kto trafiał do profesora, miał szczęście. Tam, gdzie dla niektórych kardiologów sprawa się kończyła, dla niego zaczynało się wyzwanie. To absolutny wizjoner. Patrzyliśmy na niego z zachwytem.

Jeden z innych, dobrych znajomych Dubiela: - Pamiętam go jako wiecznie uśmiechniętego optymistę. Duszę towarzystwa, który w zawodzie wyznaczył bardzo wysokie standardy. Mało kto był w stanie im sprostać.

Ale proces go zmienił. Jego córka - znana polska profesor psychiatrii, prof. Dominika Dudek - mówi, że odebrał mu kilka lat życia.

Znajomy Dubiela: - Jacek wpadł w depresję. Jest cieniem siebie sprzed lat. Tego nie mogę darować ministrowi Ziobrze. Zniszczył człowieka, który tysiącom ludzi podarował dłuższe życie. Który podobnie jak pozostała trójka, nigdy nie zdradził pacjenta.

Mec. Zbigniew Kubicki, obrońca Dubiela, w swojej mowie końcowej tuż przed uniewinnieniem profesora: - Wobec mojego klienta padł zarzut, że w wyniku nierzetelności i partactwa, doprowadził do śmierci pacjenta. Czy może być coś gorszego dla człowieka, który całe życie poświęcił ratowaniu innych?

SŁUŻYĆ DRUGIEMU CZŁOWIEKOWI

Witold Ziobro z adwokatami podczas mowy końcowej, tuż przed wydaniem wyroku uniewinniającego

Foto: Kuba Ociepa / Agencja GazetaWitold Ziobro z adwokatami podczas mowy końcowej, tuż przed wydaniem wyroku uniewinniającego

Lekarze wyrok przyjmują z umiarkowaną ulgą. - To nie jest tak, że ta sprawa się kończy. Ona się nigdy nie skończy - twierdzi prof. Dudek.

Jeden z naszych rozmówców, który chce pozostać anonimowy, mówi, że gdyby wziąć do kupy wszystkich przesłuchiwanych, oskarżonych i odwiedzanych przez policję nad ranem, to bilans jest zatrważający: w sprawę śmierci Jerzego Ziobry aparat państwa wciągnął kilkadziesiąt osób. - To lekarze, technicy, pielęgniarki, biegli, pracownicy placówek medycznych... Wszyscy żyjący w permanentnym strachu.

Przypomina, że w grudniu 2015 roku, zaraz po wyborach parlamentarnych, aparat państwa wziął pod lupę także żonę Dariusza Dudka, profesor psychiatrii. W domu, dla odmiany, zjawili się funkcjonariusze CBA. Służby podejrzewały ją o wystawianie fałszywych recept. - Ta sprawa wiele ją kosztowała. Czy także miała związek z szukaniem winnych śmierci pana Jerzego Ziobry? A to pan ma jeszcze jakieś wątpliwości? Chodziło o to, żeby dowalić oskarżonym. W taki czy inny sposób. Jak można dowalić żonie, to czemu nie.

Pytamy Zbigniewa Ziobrę, czy system traktował krakowskich lekarzy w "szczególny sposób". Minister odpowiada: "Oskarżeni byli szczególnie traktowani i cieszyli się nadzwyczajnymi względami sądu, a nie aparatu państwa. Zresztą główny oskarżony to multimilioner, który dzięki kontraktom z NFZ zarobił na swej prywatnej praktyce krocie".

Krystyna Kornicka-Ziobro w swojej mowie końcowej zapewnia, że jej walka ma służyć drugiemu człowiekowi. - To wszystko po to, by nikt inny już nie musiał przeżywać takiej tragedii, jaka stała się udziałem moim i mojej rodziny.

Prof. Krzysztof Żmudka ze Szpitala im. Jana Pawła II postawy rodziny ministra sprawiedliwości nie rozumie. Twierdzi, że czasem ze śmiercią pozostaje się tylko pogodzić. Wspomina, jak zaprzyjaźnieni z nim pacjenci-dominikanie nazywali pracę kardiologów interwencyjnych prawdziwym misterium śmierci. Kłótnią z Panem Bogiem o to, by przedłużyć człowiekowi życie. - My się ostro targujemy, ale Bóg decyduje po swojemu. Wtedy już nic nie da się zrobić - mówi.

Profesor Jacek Dubiel, którego prosimy o podsumowanie ostatnich jedenastu lat walki, nie znajduje w sobie siły na spotkanie. Przekazuje nam za to krótki list, w którym pisze, że siła władzy nie zdołała pozbawić go godności i nieposzlakowanej opinii wystawianej przez pacjentów.

W liście pisze też: - W odniesieniu do stawianych mi zarzutów, nie poczuwam się do żadnej winy. Jedyną moją winą jest to, że w ciągu 50 lat pracy w zawodzie lekarza nie poznałem wszystkich tajemnic biologii. Ale tę winę każdorazowo rozstrzyga moje sumienie, które mam czyste.

We wrześniu 2016 roku Zbigniew Ziobro zapowiedział głęboką reformę sądownictwa. W styczniu 2017 r. w Polsat News nazwał sędziów "kastą, broniącą swoich przywilejów". W lutym 2017 r. w portalu "wpolityce.pl" wyjaśnił, że zmiany są konieczne, bo niektórym sędziom "pycha odbiera rozum…".

Na nasze pytanie, czemu doszło do zmian w prawie, które podnoszą m.in. kary dla biegłych sądowych, minister odpisał: "Chodzi o ochronę ofiar przestępstw czy wypadków, które z winy biegłych nie znajdują sprawiedliwości w sądzie. Nie dostają za swoje krzywdy rekompensaty, a winni unikają kary. To uderza także w wiarygodność całego wymiaru sprawiedliwości, a na to nie mogę pozwolić".

Autor: 
Janusz Schwertner
Źródło: 

Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama