Antifa i upadek polskich anarchistów

Reklama

czw., 09/20/2018 - 19:16 -- zzz

Dziś napiszę o polskojęzycznych anarchistach i „ewolucji wstecznej” (antyewolucji), którą to środowisko przeszło w Polsce w czasie ostatnich 30 lat. Ruch anarchistyczno-punkowy zrodził się w Wielkiej Brytanii w latach 70-tych ubiegłego wieku, na bazie muzyki zespołu Sex Pistols i ich naśladowców. Zachodni anarchiści sprzeciwiali się szeroko pojętym ‚ciemnym stronom kapitalizmu’ oraz chrześcijańskim normom społecznym (co ciekawe – dzisiaj lider Sex Pistols, John „Rotten” Lydon jest wielkim zwolennikiem Donalda Trumpa).

 

 

Moda na anarchię i punk błyskawicznie dotarła do Polski. Było to o tyle dziwne, że  kapitalizmu u nas jeszcze nie było, a katolicyzm ostro tępiono na poziomie władz państwowych – czyli teoretycznie do PRL powinni emigrować lewaki z całego świata, w praktyce było dokładnie odwrotnie (poglądy poglądami, ale najważniejsza w życiu jest jednak kasa). Polacy jednak na swój sposób dostosowali ideologię punkowo-anarchistyczną do ówczesnej sytuacji politycznej. Zalążkiem organizacyjnym był festiwal muzyczny w Jarocinie, gdzie zjeżdżało się dużo bojowej młodzieży z całej Polski. Chodziło po prostu o obalenie komunistycznego, sowieckiego reżimu, który okupował Polskę od zakończenia wojny. Polscy anarchiści mieli dwa podstawowe fundamenty – sprzeciw wobec komunistów oraz muzyka gitarowa, święcąca wówczas duże sukcesy. W 1989 roku PRL zmieniła się w IIIRP, ale pogarda dla władzy pozostała, wszak trwała wyprzedaż majątku narodowego, a u władzy zostali ci sami ludzie, co w czasach PRL. Mało kto identyfikował się z politykami, a w modzie było trzymanie się od niej z dala i bycie przeciwko wszystkim (czyli anarchia). Znalazło to duże odbicie w liczebności osób o poglądach punkowo-anarchistycznych. W latach 90-tych subkultura ta miała w Polsce swój złoty okres.

Na wąskim pasie zieleni w Parku Śląskim, przy głównej linii tramwajowej, mniej więcej w połowie odległości między Stadionem Śląskim, a „mrówkowcem” przy Ułańskiej 5 w Katowicach, stoi niepozorny, od wielu lat nieczynny, obrośnięty chwastami budynek. 20 lat temu działał tam klub muzyczno-piwny „Graffiti”, o charakterze punkowo-metalowym. Każdego weekendu przychodziły tam tłumy młodych ludzi. Ja nigdy specjalnie nie przepadałem za muzyką punk, ani tym bardziej za ich dziecinną ideologią, ale lubiłem posłuchać metalu, więc swego czasu chodziłem do „Graffiti”, siłą rzeczy mając kontakt z licznymi punkami i anarchistami, którzy tam bywali. Chodziłem tam też dlatego, że bez problemu można było kupić tam alkohol, mimo braku ukończonych 18 lat (teraz nie piję w ogóle, ale wtedy – owszem). W tych czasach (przełom XX i XXI wieku) liczba anarchistów była gigantyczna, a dzisiejsza młodzież nie jest sobie w stanie tego nawet wyobrazić. W ciepłe weekendy w „Graffiti” były takie tłumy, że anarchiści/metale byli obecni w promieniu nawet 200 metrów od wejścia do klubu. Zajęte były wszystkie okoliczne stoły, ławki, schody, murki, pniaki, niektórzy siedzieli nawet na ziemi, a w każdych krzakach spał ktoś pijany jak stodoła. Kolejka do baru była tak wielka, że każdy wolał przyjść tam z „własnym zaopatrzeniem”. Tłum przez duże „T”. W owych czasach bardzo silną subkulturą byli też skinheadzi o poglądach narodowo-socjalistycznych i kurtkach typu flyers, ubieranych na pomarańczową stronę. Integrowali się oni głównie na stadionach piłkarskich. W promieniu 2 kilometrów od opisywanego klubu „Graffiti” znajdują się 2 stadiony (wówczas ekstraklasowych) drużyn – Ruchu Chorzów i GKSu Katowice. Naturalną więc koleją rzeczy było to, że po piątkowych i sobotnich meczach formowała się grupa skinheadów, chętnych na „mocne wrażenia”. Kierowała się ona oczywiście do „Graffiti”, gdzie prawie zawsze obrońcy ich przeganiali. Niekiedy udało im się obić pojedyncze osoby gdzieś w krzakach, ale im bliżej drzwi wejściowych do „Graffiti”, tym gorzej im szło. Wielokrotnie kibole wracali do domów mocno poobijani. Kilometr of „Graffiti” mieści się klub muzyczny „Leśniczówka”. Jest on kojarzony ze spokojnymi ludźmi i muzyką bluesową. Obecnie nikt tam nie chodzi i nie wiem z czego oni się utrzymują, ale w tamtych czasach miał on epizod punkowo-anarchistyczny. W pobliskim „Graffiti” po prostu anarchiści się już nie mieścili, a dopchanie się do baru graniczyło z cudem. „Przejęli” więc oni na kilka lat „Leśniczówkę”, gdzie również w każdy weekend przewijały się setki ludzi. Nieopodal był też klub „Rampa”, gdzie było to samo. Tak więc – w jednym tylko parku istniały równocześnie 3 kluby anarchistyczno-punkowo-metalowe, gdzie regularnie przychodziły ogromne tłumy (co ważne – nie było tam żadnych spektakularnych koncertów, jeno znajomi ludzie, alkohol i muzyka puszczana z płyt). Podobne miejsca wówczas istniały także w Zabrzu, Gliwicach, Bytomiu, Jaworznie, Tychach, a pewnie również w każdym większym mieście w Polsce (choć tego nie widziałem na własne oczy). Przy głównym dworcu kolejowym w Katowicach mieścił się Mega Club (później przeniesiono go w inne miejsce). W sobotnie przedpołudnia przez wiele lat w Mega Clubie funkcjonowała tzw. „Czad Giełda”. Można tam było kupić przede wszystkim kasety i płyty z muzyką gitarową (w zwykłych sklepach muzycznych można było wówczas kupić co najwyżej Varius Manx, De Su i Norbiego, a po coś ambitniejszego trzeba było jechać na ‚Czad Giełdę’). Przewijały się tam setki, a może nawet tysiące ludzi. Cała ulica Dworcowa i okolice były opanowane przez ludzi z kolorowymi irokezami. Większość ludzi jeździła tam kupować muzykę, ale były tam też inne pierdółki (koszulki, naszywki, gadżety). Sporo ludzi jeździło tam po prostu „chłonąć atmosferę”, spotkać się ze znajomymi, poznać nowych ludzi, napić się piwa (giełda działała w dużym klubie z dwoma barami). Giełda została zlikwidowana w okolicach 2005 roku, bo nikt tam już wtedy nie przychodził, na koniec wyburzono stary dworzec i postawiono Galerię Katowicką.

Festiwal w Jarocinie – czasy , gdy anarchiści byli jeszcze antysystemowi

 

 

Piszę o tym wszystkim dlatego, żeby uzmysłowić młodym czytelnikom, jak dużą popularnością cieszyła się ideologia punkowa i anarchistyczna w latach 90-tych XX-go wieku w Polsce i jak wielki „zjazd” zaliczyli od tego czasu. Sytuacja zaczęła zmieniać się mniej więcej od 2000 roku. Każda ideologia potrzebuje napływu „świeżej krwi”, inaczej w ciągu jednego pokolenia pozostaną z niej tylko wspomnienia. Tymczasem upadły dwa podstawowe filary tego środowiska. Muzyka gitarowa zaczęła być coraz mniej zaangażowana, a triumf święciły apolityczne, nowe gatunki, jak grunge czy nu-metal. Sama muzyka punk ewoluowała w stronę kalifornijskiego punka (tzw. kinder-punka), czyli mieszanki punka i disco polo, poświęcony był głównie krótkotrwałym umilaczom czasu, a nie jakiejś ważniejszej ideologii. Pojawiły się też gatunki elektroniczne oraz hip-hop z nową, modną subkultura skejtów. Muzyka przestała więc scalać anarchistyczną brać, tak, jak to było do tej pory. Sam bunt przeciwko politykom również osłabł. Polacy dostali demokrację i szybko się jej nauczyli. Przez niemal 50 lat PRLu jedyne co mogli, to krytykować (jedną i tą samą) bolszewicką władzę. Lata 90-te to złodziejstwo oraz powolna krystalizacja nowych elit politycznych, więc sprzeciw „ogólny” wobec władzy był powszechny. Po roku 2000 każdy dorosły Polak już mniej więcej posiadał jakichś swoich sympatyków politycznych (czyli w Polsce nowość od czasów przedwojennych). Anarchia przestała mieć tym samym rację bytu – ludzie nadal byli przeciwko politykom, ale tylko niektórym (a nie wszystkim, jak do tej pory). Dotychczasowi anarchiści zaczęli się wykruszać – ogolili irokezy, poszli do pracy, pożenili się, powyjeżdżali, niektórzy zaćpali i zapili się na śmierć. Następców nie było. Tutaj można by zakończyć temat, zasłonić kurtynę i sztandar wyprowadzić, gdyby nie to, co przyszło do Polski z zachodu po roku 2000.

Spora grupa Polaków zafascynowana jest „zachodem” i modą, która stamtąd przychodzi. Swoje też dołożył George Soros, który postanowił zainwestować w upadłe towarzystwo anarchistów. Należy jednak rozdzielić „ideowych” anarchistów z XX wieku i tych nowych z XXI wieku. Według mnie jest to całkiem co innego, a łączenie owych dwóch grup uważam za krzywdzące dla tych starszych. Nie ma tutaj ciągłości, a grupa szkodników po prostu podpięła się pod wypaloną grupę społeczną. Podobnie, jak gumy do żucia „Turbo”, które obecnie można kupić w ‚Biedronce’ – nie mają nic wspólnego (poza nazwą) z gumami „Turbo”, popularnymi w latach 90-tych i są tylko ich marną podróbką. Starzy anarchiści byli charakterni i nigdy nie pozwoliliby się kupić, ani sterować. Tym właśnie cechują się środowiska oddolne. Z kolei „nowi” anarchiści to pachołki miliardera-spekulanta Sorosa, którzy ochoczo współpracują z Gazetą Wyborczą, policją, sądownictwem, samorządami, otrzymując od nich wsparcie medialne, prawne oraz finansowe. Ci „antysystemowcy” przy dowolnych kłopotach wołają na pomoc policję, która do niedawna była im bardzo przychylna. „Nowych” anarchistów jest w Polsce bardzo niewielu, pewnie nawet mniej, niż 1% liczby „starych” anarchistów, aktywnych w latach 90-tych. Jednakże są oni uprzywilejowani pod wieloma względami, stanowiąc dość istotną przybudówkę lewactwa.

 

Współczesne anarchistyczne bojówki, czyli Antifa – nie mają żadnych zasad walki, używając „brudnych”, mało rycerskich taktyk ulicznych, nie wymagających zbyt intensywnych treningów fizycznych. Jedyne wymaganie na rozmowie kwalifikacyjnej do Antify to to, żeby kandydat nie był gruby i umiał szybko biegać. Anarchiści i punki zazwyczaj mają niedowagę i potrafią biegać, ponieważ mając do wyboru kupno jedzenia albo kupno wina i narkotyków – zawsze wybiorą opcję numer dwa. Na koniec, żeby nie zdechnąć z głodu – jedzenie po prostu kradną, a to wymaga umiejętności szybkiego biegania w razie wpadki. Na manifestacjach z udziałem Antify w ruch idą przede wszystkim kije, sztachety, broń biała oraz obrzucenie rywala różnymi przedmiotami, a w razie czego ucieczka do komisariatu, squatu lub lokalu Krytyki Politycznej, ewentualnie partyzancki atak w dziesięciu na jednego i ucieczka. Jednak nawet do takich prostych zadań w Polsce trudno Sorosowi znaleźć ludzi (już kilka lat temu, przy 15% bezrobocia i lewackich rządach były z tym problemy, a teraz to już w ogóle). Dlatego głównym problemem współczesnych anarchistów w Polsce jest mała ilość członków oraz niemal zerowa „siła bojowa”, a są oni przecież hodowani jako bojówka uliczna, więc ich podstawowe zadanie to wywoływanie awantur. Soros do polityki i fundacji już swoje (zazwyczaj semickie) kadry dawno znalazł, więc anarchiści są mu potrzebni wyłącznie do protestów ulicznych. Jednakże ze swego podstawowego zadania Antifa się w Polsce nie wywiązuje, a pracodawca przecież nie będzie płacił za niewykonane zadania, wiec koło się zamyka. We Francji, Hiszpanii czy Niemczech anarchistyczne bojówki są całkiem liczne i dobrze wyszkolone, a gdy Soros sypnie groszem – może w zamian liczyć na dosyć dużą mobilizację i rozpierduchę. W Polsce jednak, mimo usilnych prób – nie udało się wyhodować tego typu wojowników, a polskojęzyczna Antifa jest jak yeti, niby gdzieś są, ale nikt ich jeszcze na oczy nie widział (ograniczają się do internetu oraz nocnego malowania bohomazów na murach). Dla porównania: w latach 90-tych anarchiści i punki mieli się tak dobrze, że uchodząca za jedną z najlepszych w Polsce, kibolska bojówka Ruchu Chorzów nie potrafiła poradzić sobie z lokalną knajpą „Graffiti”, działającą przez kilka lat rzut beretem od ich stadionu. 20 lat później „Graffiti” jest zamknięte na cztery spusty, a gdyby dziś zebrać wszystkich anarchistycznych bojówkarzy z całej Polski – prawdopodobnie dostaliby oni w cymbał od kibolskiej ekipy średniej klasy, a co dopiero od czołowej… Gdy 20 lat temu w „Graffiti” ktoś rzucił hasło „kibole atakują” – wszyscy wybiegali na zewnątrz w bojowych nastrojach, aby odpierać atak. Dzisiaj, takich miejsc jak „Graffiti” jest w Polsce 100 razy mniej i gdy pada tam hasło „kibole atakują” – wszyscy dzwonią po policję, a ci z zewnątrz uciekają w podskokach do środka modląc się, żeby zdążyć wskoczyć, zanim drzwi zostaną zabarykadowane… Współcześni anarchiści stali się więc karykaturą swych starszych kolegów (liczebnie, jakościowo i ideologicznie).

Mizerna siła bojowa to gigantyczny powód do zmartwień dla Sorosa i samych anarchistów, którzy nie są w stanie spełnić swojego głównego zadania. Soros wpakował już w nich sporo pieniędzy, a efekty są opłakane, więc przy obecnym odcinaniu lewactwa od koryta – anarchiści są nieliczni, nieopłaceni, niezmotywowani a ich przyszłość jawi się w (nomen omen) czarnych barwach. Na zachodzie jest inaczej – tam podłączone pod finanse publiczne, anarchistyczne lewactwo i Antifa mają się stosunkowo dobrze, posiadając siłę przyciągania młodych. Spora zresztą część polskojęzycznych anarchistów odpuściła sobie Polskę i wyjechała do miast typu Berlin, Hamburg, Londyn, Paryż, Barcelona, Amsterdam, Ateny, gdzie działają prężne, dobrze opłacone oddziały Antify. Przede wszystkim kraje zachodnie na własnej skórze nie przeżyły „słodyczy” komunizmu, więc dużo łatwiej można tam teraz krzewić marksistowsko-trockistowską ideologię. Kraje byłego Układu Warszawskiego są na to uodpornione, jak na różyczkę i świnkę.

Szczyt ulicznych możliwości polskojęzycznej Antify – uszkodzenie muralu o 3 w nocy, potem „Usain Bolt”, nazajutrz wysłanie niepozornej dziewczyny żeby zrobiła zdjęcie i na koniec zbieranie lajków na Pejsbuku.

Zachodnia Antifa rekrutowana jest (z powodzeniem) głównie w 3 miejscach:

  1. internet
  2. stadiony piłkarskie
  3. uczelnie wyższe

 

W Polsce zostaje im tylko internet, a i tam Antifa jest raczej pośmiewiskiem, nie licząc kilku ultra-lewackich, „specjalistycznych” stron i fanpejdżów typu „towarzystwo wzajemnej adoracji”, gdzie każde inne poglądy są od razu banowane przez moderatorów. Uczelnie wyższe w Polsce opanowane są wprawdzie przez lewactwo, jednak lewaccy studenci (zwłaszcza rodzaju żeńskiego) nie po to 5 lat studiują gendery, kultury orientalne czy stosunki międzynarodowe, żeby potem biegać po manifach i rzucać kamieniami w kościoły. Oni mają dużo większe ambicje – chcą być jak Yga Kostrzewa, Rafał Pankowski, Dariusz Paczkowski czy Jaś Kapela. Wykłady, instytucje samorządowe, panele dyskusyjne, dotacje, subwencje, wyjazdy służbowe, wywiady, błyski fleszy, sława, malowanie murali, NGO, kilka tysięcy euro dochodu miesięcznego z anarchistycznego „zawodowstwa”. To jest właśnie marzenie każdego anarchistycznego studenta (studentki), a nie „czarny blok” i gaz w oczach. Dlatego polskie uniwersytety nie dostarczają zbyt wielu żołnierzy do Antify, pomimo dość dużego zlewaczenia tego środowiska.

Jeszcze gorzej jest na stadionach piłkarskich. We Włoszech, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Szwecji czy Grecji istnieją liczne grupy kibicowskie o nastawieniu ultra-lewicowym. Najsłynniejszą lewacką ekipą piłkarską świata są kibole FC St. Pauli Hamburg. Dla ciekawych – TUTAJ dobry i obszerny tekst o tym klubie. Jego kibice to członkowie Antify, którzy wywieszają na meczach flagi Lenina i Che Guevary, mocno udzielając się politycznie i ulicznie. Są lewakami, antykatolikami, promują sprowadzanie islamskich nachodźców. Dla Sorosa – jak znalazł. Oni walczą dla niego, a on przez swoją piramidę instytucyjną załatwia im pieniądze i ochronę prawną. Inna lewacka ekipa to hiszpańska FC Sevilla, która ma na pieńku z kibolami Śląska Wrocław. Pod Madrytem działają lewaccy kibole z Rayo Vallecano, którzy ostatnio skutecznie zablokowali przejście do ich drużyny Ukraińca Romana Zozuli, ponieważ piłkarz ten ma poglądy prawicowe (wyobrażacie sobie co by się działo w mediach, gdyby np. kibice Legii zablokowali transfer murzyna albo geja z powodu „różnic światopoglądowych”?). Lewackich ekip jest w Europie zachodniej i południowej mnóstwo, niemalże tyle samo, ile prawicowych. Stanowią oni trzon wojującej Antify.

W Polsce (oraz krajach postsowieckich na wschód od Polski) wszystkie  (bez wyjątku) ekipy kibicowskie mają poglądy prawicowe, albo nawet ultra-prawicowe (niestety na Ukrainie wiąże się to z antypolską banderyzacją środowiska kibolskiego, ale nie o tym temat). Antifa w Polsce stoi bardzo słabo, ponieważ nie mają gdzie rekrutować ludzi, a nasza złota młodzież ma poglądy raczej prawicowe, ewentualnie są kujonami lub NERD-ami, a do lewactwa im (na szczęście) bardzo daleko.

W 2012 i 2013 roku Platforma Obywatelska, Soros, Gazeta Wyborcza oraz należące do Sorosa i piłkarskiego FARE – Stowarzyszenie „Nigdy Więcej” próbowali zainstalować Antifę na stadionie Polonii Warszawa. Plan był chytry i misterny. W całej Polsce panowało wówczas spore futbolowe podniecenie w związku z organizacją Mistrzostw Europy w 2012 roku. Moda na piłkę była duża, wybrano klub niemal bez kibiców, z dosyć bogatą historią sportową i mianem legendy, ze stadionem położonym w dobrej lokalizacji w stolicy. Polonia Warszawa była w czasach PRL gnębiona przez władze komunistyczne, co byłoby świetnym alibi na wywieszane przez nich rozliczne Che Guevary, Leniny, Staliny i Marksy – Antifiarze z Polonii mogliby zawsze powiedzieć, że Legia, Lech, Wisła, Górnik i wiele innych dużych klubów było pupilkami władz PRL, więc niech się lepiej nie mądrują na temat komunizmu. Gdyby plan lewaków wypalił – bogaty sponsor dla Polonii szybko by się znalazł (np. sieć kin Helios czy jakiś zagraniczny bank). Prezydent Gronkiewicz-Waltz na pewno postawiłaby im nowoczesny stadion z publicznych pieniędzy i z czasem powstałby silny sportowo klub o charakterze lewackim, stawiany oczywiście za wzór do naśladowania. Reprezentował by on Polskę na arenie międzynarodowej. Na trybunach wisiałyby flagi „Refugees welcome„, flagi z sierpem i młotem, a w lewackich mediach byłyby liczne laudacje, typu „Dlaczego średniowieczni kibice innych klubów nie są tacy europejscy i nowocześni, jak kibice Polonii?„. Wspierana politycznie, policyjnie i medialnie machina Antify na stadionach zostałaby rozkręcona na dobre, więc z czasem pewnie pojawiałyby się w Polsce kolejne lewicowe ekipy kibicowskie, które miałyby „sztamę” między sobą nawzajem oraz z całym lewactwem Sorosa (które jak wiemy – jest bardzo skonsolidowanym środowiskiem). Sytuacja zmierzałaby do „pluralistycznego” modelu kibicowskiego, znanego na zachodzie. Plany były ambitne, ale najpierw trzeba było zacząć od zera, zaszczepiając lewactwo na stadionie Polonii Warszawa. Uzbierano więc z łapanki kilkadziesiąt anarchistów z całego Mazowsza (ponoć również z innych regionów, a nawet z zagranicy), którzy nagle zaczęli uczęszczać na mecze Polonii. Na początku po prostu przychodzili na stadion i oglądali futbol, trzymając gęby na kłódkę, nie dając nikomu okazji do spuszczenia sobie wpi.erdolu. Gdyby byli bardziej cierpliwi i wykonywali „pracę u podstaw” – być może by im się udało stworzyć pierwszą lewicową ekipę kibicowską w Polsce, która pewnie z czasem znalazłaby naśladowców w kolejnych miastach. Jednakże Antifa z Polonii i ich mocodawcy popełnili duży błąd strategiczny. Oni powinni najpierw pochodzić na mecze przynajmniej jeden cały sezon, wkupić się w towarzystwo, pojechać na kilka wyjazdów, odnieść jakieś kibicowskie sukcesy. Nie zrobili tego, natomiast dosyć szybko zaczęli kozakować i kreować się na „decyzyjnych”, którzy rozdają karty. Raptem po kilku meczach zaczęła rozpisywać się o nich Gazeta Wyborcza (w samych superlatywach) i inne lewackie media, jak to dzielni „antyfaszyści” gnębią „nazioli” na trybunach przy ulicy Konwiktorskiej. Antifiarze założyli sobie nazwę „Black Rebels”, poczuli wiatr w żaglach, zachęceni wsparciem medialnym i politycznym rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej. Atmosfera na kolejnych meczach Polonii się zagęszczała, narastał konflikt wewnętrzny między Antifą, a chodzącymi tam dotychczas antykomunistami. Obie strony przez kilka tygodni „badały teren”, bo ani jedni, ani drudzy nie byli zbyt silni, więc ryzyko porażki było spore. Wiosną 2013 roku nadszedł sądny mecz, czyli prestiżowe derby z Legią Warszawa. Atmosfera na trybunie Polonii od początku meczu była napięta, jak plandeka na Żuku. W końcu nadeszła nieunikniona konfrontacja – lewactwo zostało pobite, upokorzone i przegonione na skraj sektora. Antifa i jej mocodawcy popełnili wówczas duży błąd taktyczny. To właśnie na mecz Polonia-Legia mieli ściągnąć lewacką bojówkę z Berlina (a nie na Marsz Niepodległości, gdzie Niemcy narobili tylko wstydu całemu swojemu środowisku, wiejąc całym peletonem do lokalu Krytyki Politycznej). Gdyby na meczu z Legią „Black Rebelsi” mieli wsparcie Niemców – prawdopodobnie odnieśliby trwały sukces, zgodnie z zasadą: „nikt nie lubi kilka dni później wracać na miejsce własnego wpie.rdolu„. Stało się jednak odwrotnie – Niemcy spędzili wieczór na Kreuzbergu, a osamotniona polskojęzyczna Antifa dostała przy Konwiktorskiej w dzban od młodych narodowców, przy akompaniamencie przyśpiewek: „precz z komuną” i „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę„.

Po samym meczu Antifa jeszcze dosyć mocno się odgrażała i chyba sami wówczas nie przypuszczali, że ich pięć minut na polskich stadionach właśnie dobiegło końca. Wydali „groźne” oświadczenie, zawierające taki fragment:

Do Polonistów spod znaku krzyża celtyckiego wycierających sobie mordę patriotyzmem: będziecie konsekwentnie dojeżdżani na wszelkie możliwe sposoby, aż do skutku, jeśli nie na stadionie to poza nim. Nie tylko w dniu meczu. Od tej pory jest to priorytet dla całego stołecznego środowiska anty nazi, a anonimowi dla nas nie jesteście.

TUTAJ jest tekst na temat opisywanych wydarzeń. Jest to ultra-stronniczy portal „Natemat”, więc trzeba wziąć na to poprawkę. Opis jest taki, że to niby Antifa była na „Konwiktorskiej” od początku, a narodowcy pojawili się na trybunach Polonii, wyskakując jak Filip z konopii. Prawda jest taka, że było dokładnie odwrotnie – to Antifa (decyzją ewidentnie odgórną) próbowała przejąć trybuny, wchodząc tam nagle z zewnątrz. Na portalu Tomasza Lisa czytamy:

Zaczęła się właśnie walka o tożsamość Polonii Warszawa, a w szerszym kontekście – zaczyna się walka o odzyskiwanie polskich trybun z rąk ksenofobicznych, rasistowskich, faszyzujących bojówek. Jest to pierwsza taka sytuacja gdzie „zwykli” kibice otwarcie występują przeciw agresywnym chuliganom. Może poloniści dadzą przykład innym klubom? Może warto się w tę walkę włączyć i wspierać kibiców Polonii, którzy chcą na swojej trybunie normalności?

Czas jednak pokazał, że walka właśnie się zakończyła. Internet swoje, a ulica swoje. Po meczu Polonii z Legią – nikt już więcej nie widział Antify na jakimkolwiek polskim stadionie. Od feralnego meczu Antifa z „Black Rebels” zeszła do podziemia, czyli do internetu. Zostało im tylko siedzenie na pejsbuku i słuchanie piosenki Andrzeja Piasecznego „Niecierpliwi”. Na mecze przestali chodzić, ale fanpejdż „Black Rebels” na pejsie do dzisiaj jest bardzo prężny – każdego dnia wklejają tam mnóstwo spamu z TVN, Gazety Wyborczej czy Oko-Press. Taka też jest ogólna kondycja całej polskojęzycznej Antify – internet, a potem długo, długo nic. W tymże internecie wklejają pro-opozycyjne artykuły, w kółko te same smuty o odradzającym się faszyzmie oraz filmiki, jak to „leją faszystów”, ale… w innych krajach. W internetowej społeczności Antify brak jednak najważniejszego, czyli jakichkolwiek ich sukcesów na terenie Polski.

Squat w Londynie

Obecnie główne miejsca pozainternetowego życia Antify to tzw. squaty. Są to pustostany, nielegalnie zajęte przez lewaków, gdzie budowane są (nomen omen) komuny. Sama idea jest z pozoru słuszna – w Polsce (i innych krajach) jest dużo bezdomnych oraz dużo pustych budynków. Dlatego trzeba bezdomnym oddać pustostany i wszyscy będą szczęśliwi. W teorii wygląda to pięknie, z praktyką jest niestety gorzej. Przede wszystkim taki squat nielegalnie podłącza się do źródeł wody i energii, nie płacąc za to ani grosza (stratę pokrywa miasto, a więc wszyscy jego mieszkańcy). Podatku gruntowego też oczywiście nie płacą. Squattersi mają duże wsparcie mediów i polityków, więc dosyć skutecznie potrafią wywierać presję na samorządy, które na koszt podatnika remontują im te squaty oraz dostarczają tam licznych dóbr. Powiązane z nimi lewackie organizacje pozarządowe (finansowane z pieniędzy publicznych) przekazują im duże sumy pieniężne oraz pozapieniężne. W samych squatach prawie nikt nie pracuje, kwitnie prostytucja, handel narkotykami, są to beznadziejne siedliska patologii. Gdy przeciążony strop squatu zwali się komuś na głowę i przyjedzie tam ekipa TVN24 – mieszkańcy nie powiedzą do kamery: „To nasza wina, wzięliśmy budynek za darmo, więc powinniśmy dbać o jego stan techniczny„, lecz zamiast tego będą oskarżycielskie teksty: „Skandal! Dlaczego państwo do tego dopuściło? Gdzie my żyjemy, w średniowieczu?„. Oficjalne więc – squat to pustostan, który i tak stałby pusty, więc „komu to przeszkadza” i „mieszkanie jest prawem, a nie przywilejem”. W praktyce jednak – podatnik płaci ponad 1.000 złotych miesięcznie na utrzymanie jednego squattersa. Władzom bardzo trudno wywalić tych ludzi na zbity ryj, bo mają oni najlepszych prawników, zapewnionych przez Sorosa. Każda próba oczyszczenia squatu kończy się błyskawicznym „miasteczkiem medialnym”, organizowanych przez GW i TVN, co wywiera dużą presję na zaniechanie eksmisji pasażerów na gapę. Na każdym squacie są też numery telefonów do lewackich polityków typu Wanda Nowicka czy Robert Biedroń, którzy w mgnieniu oka pojawiają się na miejscu w razie zagrożenia. „Antysystemowcy” z Antify mają więc wielu sprzymierzeńców, którzy firmują proceder zajmowania cudzego mienia.

Jest opresja – jest opór. Są pieniądze – nie ma oporu.

Najnowszą metodą pozyskiwania funduszy przez squattersów z Antify są haracze. Szlaki przetarł squat „Od:Zysk” z Poznania (ul. Paderewskiego 1, kilkadziesiąt metrów od Ratusza). Po twardych negocjacjach – postanowili opuścić oni budynek w zamian za 125 tysięcy złotych. Ideowcy pełną gębą… Gdyby istniał wehikuł czasu i wysłano anarchistów z festiwalu w Jarocinie do „anarchistów” ze sprzedanego squatu „Od:Zysk” – prawdopodobnie doszłoby do solidnego mordobicia, spowodowanego złamaniem anarchistycznych ideałów i sprzedawaniem się jak prostytutki. Gdyby ożywić Sida Viciousa i wysłać go do poznańskich „anarchistów” – pozabijałby wszystkich przy pomocy gitary basowej za ośmieszanie subkultury, którą współtworzył. Obecna Antifa ze squatów skopiowała więc finansową metodę swych sorosowych kumpli, ekologów. Jedni przykuwają się do drzew, drudzy przykuwają się do budynków, a potem za określoną kwotę oferują właścicielowi uwolnienie terenu od swojej obecności. Współcześni anarchiści mają dużo wspólnego z tzw. „uchodźcami” z krajów islamskich – wspierają się nawzajem, są roszczeniowi, domagają się życia na koszt podatnika, uważają się za niezależną elitę intelektualną, a są tylko społeczną niziną nastawioną na przyziemne rozrywki oraz pachołkami polityków, mediów i Sorosa.

 

 

Polskojęzyczna Antifa nigdy nie była silna, ale takiej „lipy” jak obecnie – jeszcze nie przeżywali. Ostatnio nawet Jaok z pyta.pl zabrał im flagę (będąc sam i mając w ręku mikrofon – KLIK). Kto z nich miał choć minimum mózgu – szybko zrozumiał, że jest tylko narzędziem, używanym do celów politycznych. Zostali wiec tylko półgłówki, ćpuny i pożyteczni idioci. W latach 2008-2015 Antifa miała dość duży parasol ochronny ze strony rządzącej Platformy Obywatelskiej (policja, sądownictwo, media). Dlatego niekiedy, po ogólnopolskiej mobilizacji organizowali jakieś kilkusetosobowe manifestacje „antyfaszystowskie” (oczywiście były to legalne zgromadzenia w śródmieściach dużych miast, gdzie na jednego uczestnika przypadały 2 kamery i 3 policjantów). Po objęciu władzy przez PiS – ochrona Antify zmniejszyła się. Zaczęli oni być traktowani jak zwykli obywatele, co jest dla nich dużym zagrożeniem. Antifa jest bardzo rozpieszczona przez poprzednie władze i chyba nie rozumieją powagi obecnej sytuacji. Dotychczas musieli tylko zaszczycić swoją obecnością pikietę czy blokadę, gdzie mogli za darmo napić się herbaty i zjeść ciacho. Czekały na nich przygotowane przez organizatora transparenty i bannery, musieli tylko wybrać sobie jeden z nich. Gdy któryś zażyczył sobie tęczowy pióropusz (bo inaczej nie przyjdzie na manifę) – organizator robił dla niego tęczowy pióropusz. Byli oni jak rozpieszczone dzieci. Mieli przyzwolenie polityczne na bicie, demolowanie i rzucanie kamieniami, bo każdy miał trzech osobistych policjantów do ochrony, a w razie czego bronił go najlepszy mecenas, dobrze ulokowany towarzysko w „niezawisłym” sądownictwie. Nagle jednak zmienił się rząd, który cofnął im te wszystkie bonusy, zrównując ich prawa z pozostałą częścią społeczeństwa. W szkole podstawowej miałem jednego bardzo irytującego osobnika, który każdego doprowadzał do szału (donosił, rozpowszechniał plotki i robił inne denerwujące rzeczy). Miał on starszego brata, słynnego w całym mieście dresiarza-zabijakę. Dlatego też nikt tego młodego nie ruszał, choć pół szkoły śniło o tym, aby nakopać mu do du.py. Młody cwaniakował, kozaczył, bo zawsze mógł liczyć na pomoc starszego brata. Przyzwyczaił się do ochrony. W końcu starszy braciszek poszedł na rok do wojska, a nazajutrz młody dostał po ryju od czterech różnych osób. Nigdy nie widziałem bardziej zdziwionego wyrazu twarzy. On autentycznie nie rozumiał, dlaczego dostał i jak to się mogło stać. Wszak do tej pory nikt mu nie robił krzywdy. Dokładnie taka sama sytuacja jest z Antifą. Stracili oni „starszego brata” i z przyzwyczajenia dalej kozakują, ale niechęć społeczna dla nich jest tak duża, że przy pierwszej okazji może dojść do pogromu. Oni w razie „dostania w mazak” też będą wielce zdziwieni. Normalny człowiek, gdy idzie na uliczną rozpierduchę – bierze pod uwagę, że może ucierpieć. Antifa jednak myśli inaczej – dla nich protesty uliczne to tylko zabawa, w której nic im się nie może stać, bo w razie czego policja ich obroni.

Gdy tracili tą flagę, pewnie też byli zdziwieni

Podobna sytuacja ma miejsce w USA, gdzie po objęciu fotela prezydenckiego przez Donalda Trumpa – Antifa straciła ochronkę policyjno-sądową. Znamienne są dwa wydarzenia w Berkeley w Kalifornii. Na początku marca było TAK – Antifa zaatakowała zwykłych, pokojowo nastawionych ludzi na wiecu poparcia dla Trumpa. Miesiąc później w tym samym mieście prawicowcy wiedzieli już, czego się można spodziewać, więc wystawili dużo bardziej bojowy skład. Skończyło się TAK – zwróćcie uwagę na zdziwione twarze obitych lewaków z Antify. Oni nie rozumieją, dlaczego dostali. Chcą, żeby ktoś ich uszczypnął, bo nie bardzo wiedzą o co chodzi. Wszak nikt ich przed tym nie ostrzegał. Dotychczas to oni bili wroga, wspólnie z policją, a na koniec wróg zostawał aresztowany. Zero ryzyka. A teraz, co to ma w ogóle być? Biją naszych? To przecież niesprawiedliwe! Inna historia z USA – działaczka Antify Lacy McAuley – KLIK. Też pewnie była mocno zdziwiona podczas spotkania z mieczem Allaha, wszak nauczono ja, że islam jest dobry, a chrześcijaństwo jest złe. Lewacy przyzwyczajeni są do tego, że nigdy im się nic nie stało, a potem przeżywają szok. Dotychczas przychodzili na manifestacje z zakazanymi przez konstytucję flagami reżimu totalitarnego (sierp i młot), a policja zamiast ich aresztować – jeszcze ich ochraniała, aresztując tych, którzy chcieli te flagi zabrać i zniszczyć.

 

 

Gazeta Wyborcza i spółka robią co mogą, aby zmobilizować polskojęzyczną Antifę do ulicznych walk antyrządowych, ale gdyby Antifa dała się przez nich podjudzić – doszłoby do rzezi niewiniątek. Ich siła bojowa jest bardzo niska, więc przy pierwszym starciu padną na asfalt – dla własnego dobra niech lepiej poprzestaną na internecie, partyzantce i nocnym smarowaniu po murach. Policja skupiona jest obecnie na utrzymaniu spokoju i wyłapaniu agresorów (z obu stron), a nie na ochronie awanturujących się lewaków, jak to było do niedawna. W efekcie dochodzi do groteskowych sytuacji, jak ta z Poznania, gdzie nastaje wielkie zdziwienie i oburzenie, że policjanci zatrzymali agresywną lewaczkę. Biedaczysko jest tak bardzo zdziwione, że woła do policjanta „puszczaj chu.ju” (w domyśle: „ślepy jesteś? to nie mnie masz wsadzać do radiowozu, tylko tych drugich, nie ujdzie ci to płazem, złożę oficjalną skargę w Gazecie Wyborczej!”). Ona jest przekonana, że to musi być jakaś pomyłka, no bo przecież dotychczas zatrzymywano wyłącznie narodowców, a nigdy lewaków. „Ej, zadzwońcie do mojego taty” – on załatwi co trzeba i zaraz mnie wypuszczą. Była ona tak bardzo przekonana o swoim bezpieczeństwie i „ochronce”, że poszła wziąć udział w ulicznej zadymie, zostawiając w domu chore dziecko (pewnie wkrótce dostanie nagrodę „superbohaterki” od „Wysokich Obcasów”). Poznań obecnie (obok Warszawy) jest stolicą polskojęzycznej Antify, bo mogą w tych miastach liczyć na duże wsparcie Ratusza. Mają tam kilka narkotykowych squatów. Poza Warszawą i Poznaniem Antifa nie jest zdolna do zebrania się w liczbie większej, niż towarzyszący im reporterzy Gazety Wyborczej i politycy opozycji. Zbliżają się wybory samorządowe i mocno liczę na to, że sporo się w tej kwestii zmieni. Antifa bez publicznych pieniędzy po prostu rozsypie się do reszty, bo Soros i Gazeta Wyborcza sami tną koszty, gdzie się tylko da. U mnie na Śląsku Antify niemalże nie ma (nie licząc internetu i okazjonalnych koncertów muzycznych, gdzie przy asyście policji zjeżdżają się anarchiści z całej Polski, zamykając się od wewnątrz na siedem spustów przy 40 stopniowym upale), życzyłbym sobie i Wam, aby podobna sytuacja zapanowała w całym kraju.

Jak starałem się udowodnić w tym tekście – anarchiści to grupa społeczna, która w ostatnich 30 latach zaliczyła chyba największy „zjazd”, jaki tylko można sobie wyobrazić (ilościowy, jakościowy i tożsamościowy). Ich największym błędem było wejście do sojuszu z władzą i mediami. Myśleli, że to doda im siły, ale stracili tylko swoją oddolność, bunt, ideowość, świeżość. Niegdyś antykomuniści – dzisiaj komuniści, w dodatku sprzedajni, dyspozycyjni. Taka banda nie jest w stanie przyciągać młodych i na szczęście zdycha na naszych oczach. Musimy jednak monitorować sprawę, bo w wielu krajach zachodu Antifa ma gigantyczny wpływ na islamizację oraz zwalczanie konserwatyzmu. Jej ewentualne odrodzenie w Polsce byłoby gigantyczną tragedią dla naszego kraju. Na pewno w tym odrodzeniu pomogłaby potencjalna rządząca koalicja pachołków Sorosa i Brukseli, czyli PO-Nowoczesna-PSL-SLD-Razem, którzy wznowiliby pomoc finansową, policyjną, prawną i medialną dla Antify (nie namawiam na głosowania na PiS, chyba że narodowcy nadal będą w politycznej rozsypce, ale wtedy i tak lepszy będzie Kukiz lub Korwin).

 

 

Autor: 
zzz
Źródło: 

bialyrasizm.pl

video: 

Komentarze

Wysłane przez Pseudogerwazy (niezweryfikowany) w
Znalazłem się tu przypadkiem. Zaciekawił mnie temat artykułu, ale nie wiem, o czym to było i z jakich pozycji pisane. Niestety, nie dowiedziałem się, czy to dobrze, czy źle, że nie ma już prawdziwych anarchistów gotowych w każdej chwili bić w dziób, śpiewać protestsongi i spać w krzakach po używek użyciu. Wiem jedynie, że powinniśmy się cieszyć, że Soros nie może, póki co, wprowadzić muzułmańskich gejów do klubu Polonia Warszawa, który był w peerelu ośrodkiem dysydenckiego oporu, którym - jak wszyscy wiedzą - kierowały wtedy różne podejrzane pejsony (nie zaprzeczam, że bywało i tak). Czy ktoś tu dopuszcza teksty do publikacji? Jeśli tak, to czy sądzi, że autor takim tekstem kogoś bądź coś popiera albo i nie popiera, bo wręcz zwalcza? Gdy zacząłem czytać, bardzo szybko skojarzyło mi się ze starym, brodatym wicem: Wnuczek z dziadkiem są na spacerze. Wnuczek w parku: Dziadziu, dziadziu, jaka fajna fontanna! Dziadek: To fontanna? To wodotrysk. Kiedyś miałem wytrysk, to była fontanna! Dziadek kupił czekoladę. Dziadziu, dziadziu, jaka pyszna czekolada! Dziadek, jedząc: To czekolada? To go'wno! Na wojnie jadłem go'wno, to była czekolada! Poszli do cyrku. Zachwycony wnuczek: Dziadziu, dziadziu, jakie fajne akrobatki! Znudzony dziadek: To są akrobatki? To ku+wy! Przed wojną ku+wy - to były akrobatki!

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama