PIS PROWADZI POLSKĘ DO RUINY. WIDMO HIPERINFLACJI. BĘDZIEMY TAPETOWAĆ ŚCIANY PUSTYMI BANKNOTAMI

Reklama

ndz., 04/04/2021 - 11:39 -- zzz

Masowy dodruk pieniądza zwykle prowadzi do hiperinflacji. Największy problem ze spiralą podwyżek w Polsce pojawił się, jak dotąd, w latach międzywojennych. Podobnie, choć na mniejszą skalę, ceny rosły po upadku komunizmu. To jednak nic przy skali problemu, z jaką zmagały się choćby Niemcy.

Statystyki pokazują, że inflacja w Polsce rośnie coraz szybciej i zarazem najszybciej spośród unijnych państw. W marcu br. ceny towarów i usług konsumpcyjnych skoczyły o 3,2 proc. r/r. Jednocześnie w ciągu 30 dni inflacja przyspieszyła o 1 procent. Odpowiadają za to rosnące stawki za paliwa, energię czy żywność. Gwoli sprawiedliwości, obecne podwyżki nie są tak wysokie jak rok wcześniej, kiedy to, przykładowo, w marcu 2020 r. inflacja sięgnęła 4,6 proc. Warto jednak mieć na uwadze, że to właśnie I kw. 2020 r. przyniósł wzrosty, jakich nie notowano w ostatniej dekadzie.

Na razie powodów do większej paniki nie ma, gdyż optymalna dla gospodarki „podręcznikowa” inflacja wynosi rocznie 3-4 proc., aczkolwiek, jak zapowiadają ekonomiści – obecnie obserwowane wzrosty są stałym trendem, a kolejne kwartały mogą przynieść kolejne skoki cen. Jakie rekordy inflacji notowała nasza gospodarka od czasu I wojny światowej? Największy przytrafił się właśnie kilka lat po wojnie, kiedy to w odradzającej się na zgliszczach wojennych Polsce, posiadającej zarówno administrację jak i system podatkowy w zalążku, doszło do hiperinflacji – której umowną granicą jest wzrost cen o 50 proc. w skali miesiąca, w ciągu kilku miesięcy. Jej skalę pokazuje popularna karykatura stworzona na początku lat 20., przedstawiająca pracownika z torbą pełną pieniędzy z wypłaty i tęgim dylematem. Podpis bowiem brzmi: „Otrzymałem pensję miesięczną i nie wiem co robić! Posiadam pieniędzy zbyt wiele, ażeby samemu udźwignąć i zbyt mało, ażeby zapłacić dorożkarzowi za odwiezienie do domu”.

Zero stroke

Ekonomiści pytani o przyczyny hiperinflacji chętnie cytują Ernesta Hemingwaya:

Pierwszym lekarstwem dla źle zarządzanego państwa jest inflacja, drugim zaś wojna. Oba rozwiązania przynoszą chwilową poprawę koniunktury, oba prowadzą do trwałej ruiny.

Hiperinflacja niszczy rynek kredytów, bo trudno zgadnąć, ile warty będzie pieniądz nawet następnego dnia. Pozbawia oszczędności, zabija handel, prowadzi do wzrostu napięć społecznych, a nawet wojen.

Największe spirale inflacyjne w historii współczesnego świata zaczęły się rozkręcać po pierwszej wojnie światowej. Kraje, które były w nią zaangażowane, psuły pieniądze wojennymi wydatkami. Co więcej, przegrani musieli płacić zwycięzcom ogromne odszkodowania. By pieniędzy starczyło na finansowanie wewnętrznych wydatków, non stop je dodrukowano, przy czym banknoty nie miały żadnego pokrycia. Inflacja zaczęła szybko się pożywiać, rozrastając do gargantuicznych rozmiarów. Z największym inflacyjnym potworem stanęły oko w oko Niemcy obciążone reparacjami wobec państw Ententy i krajów z nimi sprzymierzonych, wypłacanymi w rocznych ratach w wysokości 3 proc. PKB. Trwało to zresztą długo, bo ostatnią ratę w wysokości 70 mln euro nasz zachodni sąsiad zapłacił w… 2010 r. Opornie szła mu zresztą spłata pierwszych rat, do tego stopnia że, w 1923 r. francuskie wojsko zajęło przemysłowe Zagłębie Ruhry, a gdy Niemcy w ramach protestu odmówili pracy, Francuzi zaczęli obsadzać stanowiska „swoimi” ludźmi. Rząd niemiecki jednak honorowo dalej wpłacał pensje bezrobotnym. By mieć finansowanie na wewnętrzne wydatki i jednocześnie wywiązać się z finansowych warunków traktatów pokojowych, ruszył z dodrukiem pieniędzy na ogromną skalę. I podczas gdy na początku 1919 r. kurs jednego funta brytyjskiego do marki wynosił 43,3, w listopadzie 1923 r. przekroczył 20 bilionów marek.

Portfele trzeba było zastąpić walizkami i torbami. Za zwykły chleb, który w 1919 r. kosztował niecałe 30 fenigów, cztery lata później, w listopadzie 1923 r. trzeba było zapłacić kilkadziesiąt miliardów marek. Niemcy stracili wówczas swoje oszczędności – biorąc pod uwagę, że w hiperinflacyjnym szczycie, czyli w II połowie 1923 r., wzrost cen wszystkiego wynosił średnio ok. 300 proc. miesięcznie. Wartość pieniądza była tak niska, że palono markami w piecach albo tapetowano nimi ściany. Część niemieckich księgowych podobno dorobiło się nawet urazu psychicznego zwanego „zero stroke” – w postaci wewnętrznego przymus pisania rzędów zer. Podobne kryzysy, pojawiły się w innych pokonanych krajach, np. na Węgrzech, które w latach 20. nie miały jeszcze aż tak dużego problemu z hiperinflacją co Niemcy, ale już pod koniec II WŚ i w kolejnych latach powojennych Węgrom udało się nawet pobić rekordy Republiki Weimarskiej – z miesięczną inflacją, w 1946 r. na poziomie ponad 40 biliardów proc. Oznaczało to, że w ciągu 15 godzin ceny się podwajały, a do obiegu trafił nawet banknot o nominale 100 000 000 000 000 000 000 czyli dosłownie sto trylionów pengő. W boksie startowym była emisja banknotu o nominale tryliarda pengő, ale ostatecznie władze doszły do wniosku, że już najwyższy czas na zmiany i węgierska waluta, w sierpniu 1946 r. przeszła na forinty. Jeden forint otrzymał wartość czterystu tysięcy kwadrylionów (1 i 24 zera) pengő. Bezwartościowe pieniądze wylądowały w śmieciach i na ulicach.

Z kolei w nowym millennium, rekordy hiperinflacyjne pobiło Zimbabwe, gdzie w 2008 r. ceny zaczęły podwajać się co 24 godziny, przy miesięcznej inflacji sięgającej w szczytowym momencie prawie 80 mld proc. Nikomu nie opłacało się podrabiać pieniędzy, a zamiast portfela używano wypchanych pieniędzmi reklamówek, których zawartość nie zawsze starczała nawet na najtańsze pożywienie. Ostatecznie dolara Zimbabwe zastąpiono dolarami amerykańskimi i randami z RPA.

Dodruk bez zabezpieczenia

Polacy swoją pierwszą poważną przygodę z hiperinflacją również przeżyli w latach 20. XX w. Młode państwo, pogrążone w tragicznej sytuacji gospodarczej, po zaborach i zniszczeniach I wojny światowej, pozbawione jakichkolwiek dochodów, istniejące bardziej na papierze, niż w praktyce, potrzebowało pieniędzy do odbudowy kraju i rozwoju gospodarki oraz administracji państwowej. Pieniędzy potrzebowała również polska armia podczas wojny z 1920 r. z Rosją, czy powstańcy wielkopolscy, walczący na przełomie 1918 i 1919 r. o przyłączenie tego regionu do Polski.

Banknoty, wówczas jeszcze zunifikowane po zaborach marki polskie, zaczęto więc, podobnie jak w Niemczech, drukować na potęgę, bez zabezpieczenia w złocie czy dewizach. Ceny od razu skoczyły, do tego stopnia, że już w 1919 r. inflacja przekroczyła 1,1 tys. proc. W kolejnych latach była wprawdzie niższa (ok. 400 proc. r/r.), jednak przy niestabilnym budżecie, zbyt niskich podatkach w stosunku do wydatków, notoryczne podwyżki nieuchronnie prowadziły do załamania gospodarki II RP – w 1923 r. inflacja zamieniła się w hiperinflację sięgającą prawie 36 tys. proc w skali roku. I podczas gdy w 1921 r. najwyższym nominałem na banknocie było 5 tys. marek – rok później pojawił się banknot o nominale 10 mln marek. Jego wartość była niewiele wyższa od 1 amerykańskiego dolara. Zamarły akcje kredytowe i zwykły handel. Szerzyła się bieda i bezrobocie. Domowe budżety rozpadały się w drobny mak. Pensje wypłacano nawet co kilka dni, by pracownicy byli w stanie wykorzystać zarobione pieniądze.

Według Roczników Statystyk Rzeczpospolitej Polski z lat 1920 – 1923, 1 kg cukru na początku 1921 zł kosztował 317 marek, rok później – prawie 3 tysiące marek, a w połowie 1923 r. – aż 19,3 tys. marek. Cena mleka w tym okresie wzrosła z 37 marek do prawie 2,1 tys., za litr, a kg masła podrożał z 416 do 28,3 tys. marek. Jajka w ciągu dwóch lat (styczeń 1921 – grudzień 1922 r.) podrożały z 15 do 168 marek – za sztukę, a 1 kg mięsa wołowego ze 182 do ok. 3,3 tys. marek. Za kilogramowy bochenek chleba w czerwcu 1923 r. trzeba było płacić prawie 3,5 tys. marek. Rok wcześniej ten sam chleb kosztował niespełna 300 marek. To tak jakby dziś, chleb, przy średniej cenie 4 zł za kg, za rok miał kosztować prawie 50 zł, a przykładowa kostka masła za 6 zł, podrożała w ciągu dwóch lat do ponad 400 zł…

W tej sytuacji walkę z inflacją powierzono wybitnemu ekonomiście Władysławowi Grabskiemu, który przeprowadził radykalną reformę skarbowo-walutową – bezlitośnie ciął wydatki rządowe, zwiększał obciążenia podatkowe. Zabronił również dodrukowania pieniędzy, a następnie wprowadził nową jednostkę monetarną, czyli polskiego złotego, o wartości 1,8 mln marek polskich. Już kilka miesięcy później złotówka rzeczywiście się ustabilizowała, a w kasie państwowej po praz pierwszy zanotowano wyższe wpływy niż wydatki.

Maluch za 20 milionów

Hiperinflacja powróciła pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, po rozpadzie gospodarki komunistycznej. Solidny grunt pod inflacyjną spiralę kłaść zaczął już w latach 70. towarzysz Edward Gierek, zaciągając na prawo i lewo zagraniczne kredyty. W efekcie w 1976 r. zadłużenie Polski przekroczyło 12 mld dolarów, sięgając tym samym prawie 30 proc. PKB kraju. Rosły koszty obsługi kredytów. Władza ludowa jednak jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku kontrolowała ceny. Sytuacja zmieniła się, gdy peerelowska gospodarka się załamała, ceny zostały uwolnione, a przy okazji i popyt stracił wszelkie hamulce – przy błyskawicznych podwyżkach Polacy kupowali wszystko, co się dało, na zapas. Narodowy Bank Polski w ramach walki z zagranicznym zadłużeniem i próbując „łatać” dziury w budżecie, lawinowo drukował kolejne banknoty. W efekcie w niespełna dwa lata chleb podrożał z 46 do 2 tys. zł, kg wołowiny z 560 zł do ponad 19,4 tys. zł, a cena „malucha” Fiat 125p pogalopowała z 1,1 mln zł do 20,5 mln zł. Spiralę nakręcały rosnące pensje, emerytury i renty. Podczas gdy w 1989 r. średnia pensja wynosiła 206,8 tys. zł, w 1991 r. doszła do poziomu ok. 1,8 mln zł. 14 marca 1990 r. Jednocześnie NBP zaczął drukować coraz wyższe nominały banknotów – w 1992 r. pojawił się banknot dwumilionowy.

Hiperinflację udało się zdławić po wprowadzeniu zw. planu Balcerowicza, który zakładał m.in. denominację złotówki, prywatyzację państwowego majątku, cięcia wydatków budżetu państwa, usztywnienie kursu wymiany złotego na dolary czy wprowadzenie podatku od podwyżki wynagrodzeń. Proponowane ustawy przyjęto w grudniu 1989 r. Na efekty trzeba było jednak zaczekać, bo jeszcze w tym samym okresie Główny Urząd Statystyczny zanotował wzrost cen r/r. na poziomie ok. 640 proc., a w 1990 – hiperinflacja sięgnęła ok. 586 proc. r/r. Poniżej 50 proc. spadła dopiero dwa lata później.

 

Autor: 
Dorota Kaczyńska
Źródło: 

businessinsider.com.pl

Polub Plportal.pl:

Reklama