Felieton Gwiazdowskiego: Dlaczego w sprawie uszczelnienia VAT rząd trochę kłamie

Reklama

pt., 02/26/2021 - 06:09 -- zzz

Opozycja zarzuca rządowi "kłamstwo VAT-owskie". Brzmi trochę jak "smoleńskie", więc z punktu widzenia opozycji dobrze brzmi. Rząd się broni, twierdząc że "zamach" na dochody podatkowe ze strony grup przestępczych, którym poprzedni rząd pobłażał, oczywiście był, ale system został uszczelniony, na co dowodem są rosnące wpływy podatkowe i wydatki socjalne, które dzięki temu można sfinansować.

 

Kłamią jedni i drudzy. Jak jest naprawdę? Tego tak dokładnie nie wie nikt, bo "twardych danych" to w ogóle nie ma. Są jedynie "szacunki". A każda ze stron "szacuje", jak chce. I jak umie.

Dziś trochę o tym, jak działa VAT i na czym polega "kłamstwo PiS".

Wpływy podatkowe rzeczywiście rosną - to widać. Po części trochę rzeczywiście dzięki mitycznemu "uszczelnianiu" systemu - głównie na rynku paliwowym - po części dzięki wzrostowi gospodarczemu, po części dzięki programom socjalnym jak 500 plus. Ludzie otrzymane pieniądze przecież wydają, a jak coś kupują, to płacą VAT, co jednak odbywa się kosztem zadłużenia państwa i po części dzięki inflacji, bo jak coś drożeje, to nie tylko cena netto rośnie, ale i cena brutto. 

Teoretycznie VAT to podatek od wartości dodanej - stąd jego angielska nazwa i polski skrót (Value Added Tax). Polega on na opodatkowaniu wartości dodanej do produkcji na danym etapie działalności gospodarczej. Jak przedsiębiorca coś kupił za 100 + 23 proc. (23 zł) VAT, a coś sprzedał za 120 + 23 proc. (27,60 zł) VAT, to do urzędu skarbowego odprowadził (a przynajmniej powinien) 4,60 zł (27,60 zł VAT "należny" - 23 zł VAT "naliczony").

Co to jest podatek "naliczony" - wiadomo. Ten, który przedsiębiorca zapłacił, dokonując zakupów potrzebnych mu do prowadzenia działalności - czyli ten, który "naliczyli" mu dostawcy. W podanym przykładzie - 23 zł. 

Gorzej jest z podatkiem nazywanym "należnym". To podatek, który przedsiębiorca naliczył swojemu odbiorcy, dokonując sprzedaży. W podanym przykładzie 27,60  zł. Ale podatek, który rzeczywiście "należy" się urzędowi skarbowemu, to jedynie różnica między tym, który nazywany jest "należnym" a "naliczonym". W podanym przykładzie kupna za 100 zł + 23 zł VAT i sprzedaży za 120 zł + 27,60 zł VAT państwu "należy się" 4,60 zł, a nie 27,60 zł.

Pierwszym problemem jest zróżnicowanie stawek podatkowych i określenie, co podatkowi VAT podlega i kiedy oraz w jakiej wysokości. To dzięki temu w fast foodach przez lata można było kupić zestaw: burger + frytki + napój taniej niż taki sam burger, frytki i napój oddzielnie.

Cztery podstawowe problemy z VAT

Pierwszym problemem jest zróżnicowanie stawek podatkowych i określenie, co podatkowi VAT podlega i kiedy oraz w jakiej wysokości. To dzięki temu w fast foodach przez lata można było kupić zestaw: burger + frytki + napój taniej niż taki sam burger, frytki i napój oddzielnie. Bo skoro napój był na 23 proc. VAT, a burger i frytki na 8 proc., to w zestawie napój kosztował 10 gr + VAT i łącznie robiło się taniej. Ale to nie przedsiębiorca na tym zarabiał. Zarabiał klient. 

Państwo miało mniej na 500 plus dla statystycznego obywatela, ale za to płacił on mniej za to, co kupił. Przedsiębiorca mógł korzystać, gdyż oferując niższą cenę zachęcał więcej klientów do większych zakupów. Ale szybko wszyscy zaczęli tak robić, więc korzyści nie odniósł żaden.

Drugim problemem jest objęcie podatkiem VAT małych przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność w oparciu o wpis do ewidencji działalności gospodarczej. W ich przypadku ciężko skontrolować, czy nie odjęli oni czasami od VAT należnego VAT naliczonego od zakupów służących konsumpcji prywatnej.

Trzecim problemem jest sprzedaż bez VAT. Pytanie: "z fakturą czy bez" jest często standardem. Czasami nikt o to nawet nie pyta - widomo, że bez. A jak bez, to tworzy się owa słynna "luka VAT". Gdy dokonuje się sprzedaży bez faktury, to i bez podatku. Tworzy to równocześnie "lukę" nie tylko w VAT, ale i w PIT. Bo jak się sprzedaje coś bez faktury VAT, to nie tylko podatku VAT nie trzeba płacić, ale i podatku dochodowego - bo przychodu się nie wykazuje.

W końcu czwartym problemem jest "zerowa" stawka VAT w "dostawie wewnątrzwspólnotowej" - czyli przy sprzedaży na eksport. To ona umożliwia wyłudzenia VAT. Ale o tym decyduje Unia Europejska. Tak samo jest w każdym państwie unijnym.

Dodatkowo "lukę" generuje też ekonomia - a nie tylko przepisy prawne. Przedsiębiorcy popadają w problemy finansowe, nie odprowadzają VAT i bankrutują, a urząd skarbowy nie ma jak zaległości wyegzekwować.

Generalnie obywatele popierają działania rządu zmierzające do "uszczelniania" systemu, bo przecież - jak stwierdził pan premier Morawiecki - dzięki temu rząd ma na 500 plus. Ciekawy jednak jestem, ilu z tych obywateli na pytanie - na przykład hydraulika - z fakturą (123 zł) czy bez (80 zł) odpowie: "Oczywiście, że z fakturą. Jestem wyborcą PiS"? "Luka" VAT byłaby wówczas niższa. Odpowiedzialność za nią spada więc po troszę na wszystkich, którzy nie domagają się faktury od hydraulików, elektryków, stolarzy itp. Ciekawe, czy spodobałoby się im "uszczelnianie VAT", gdyby wiedzieli, na czym ono miałoby polegać i że to oni musieliby za to zapłacić. Póki co drożej płacą za zestaw fast food - tu rząd dokonał "uszczelnienia".

Pytanie: „z fakturą czy bez” jest często standardem. Czasami nikt o to nawet nie pyta – widomo, że bez. A jak bez, to tworzy się owa słynna „luka VAT”. Gdy dokonuje się sprzedaży bez faktury, to i bez podatku. Tworzy to równocześnie „lukę” nie tylko w VAT, ale i w PIT.

Czym innym jest "wyłudzanie VAT"

W tym wypadku faktury się jak najbardziej wystawia, ale za to nic się nie sprzedaje. Muszą to być "faktury eksportowe" - ze stawką VAT 0 proc. Cały VAT "naliczony", widniejący na fakturach otrzymanych od dostawców, odlicza się od VAT "należnego", który w przypadku eksportu wynosi... zero. Jako że tego "naliczonego" nie ma od czego odliczyć, to się go "odzyskuje" - czyli występuje do urzędu skarbowego o zwrot. Ktoś, kto kupił coś za 100 zł + 23 proc. VAT i dokonał eksportu za granicę za 120 zł + 0 proc. VAT, otrzyma od fiskusa zwrot 23 zł. Fiskus wyjdzie w ten sposób na zero.

Nie ma w tym nic dziwnego, ani nielegalnego. Większość przedsiębiorców eksportujących za granicę prowadzi działalność uczciwie. Państwo na tym nic nie traci, lecz zyskuje, choć nie na podatku VAT. Przedsiębiorca A coś wytworzył (załóżmy dla uproszczenia, że sam z niczego) i sprzedał przedsiębiorcy B za 100 zł +23 proc. Przedsiębiorca B sprzedał to przedsiębiorcy C za 120 zł + 23 proc. Przedsiębiorca C sprzedał to przedsiębiorcy D za 130 zł +23 proc. I na koniec przedsiębiorca D wyeksportował to za granicę za 150 zł (+0 proc.).

Pierwszy z nich zapłacił państwu 23 zł. Drugi - 4,60  zł (27,60 zł należny - 23 zł naliczony). Trzeci zapłacił 2,30 zł (29,90 zł należny - 27,60 zł naliczony). Razem państwo otrzymało 29,90 zł. I właśnie tyle musiało oddać czwartemu przedsiębiorcy, który jest eksporterem, bo on tyle zapłacił VAT, który naliczyli mu dostawcy (130 zł x 23 proc. = 29,90 zł), a sam naliczył swojemu zagranicznemu kontrahentowi 0 zł VAT - więc nie mógł sobie sam niczego odliczyć i musiał wystąpić o zwrot VAT naliczonego bezpośrednio do urzędu skarbowego.

Gdyby dokonał sprzedaży w kraju za 150 zł + 23 proc. VAT (czyli 34,50 zł) odprowadziłby do urzędu skarbowego 4,60 zł (34,50 zł VAT należny - 29,90 zł VAT naliczony). Państwo łącznie uzyskałoby 34,50 zł. W praktyce znacznie mniej, bo przecież przedsiębiorca A nie dokonuje cudu i nie wytwarza czegoś z niczego, więc nie płaci 23 zł VAT, tylko odlicza VAT naliczony przez swoich dostawców. Przy zachowaniu tych samych proporcji byłoby to około 19,50 zł. Państwu zapłaciłby więc 3,50 zł. Państwo otrzymałoby więc nie 34,50 zł, a 15 zł (34,50 zł - 19,50 zł).

Przy eksporcie państwo coś jednak też zarabia - na podatkach PIT i składkach ubezpieczeniowych od pracowników tych przedsiębiorców, którzy pracowali oraz na PIT lub CIT od samych przedsiębiorców. Nie zarabia więc nic tylko na podatku VAT. Nie ma w tym nic szczególnego. Bo podatnikami podatku VAT nie są przedsiębiorcy-producenci, tylko ostateczni konsumenci, którzy go płacą w cenie i nie mogą odliczyć. 

Jeżeli więc konsumentami ostatecznymi są podatnicy za granicą, w kraju do którego następuje eksport, to VAT z tytułu ich konsumpcji płynie do skarbu tego państwa, w którym dokonują oni konsumpcji, a nie tego, w którym wyprodukowane zostały konsumowane przez nich towary. Ten obraz zaciemnia jednak uporczywe nazywanie "podatnikami VAT" przedsiębiorców, którzy są jedynie jego płatnikami.

Obywatele popierają działania rządu zmierzające do „uszczelniania” systemu, bo jak stwierdził Pan Premier Morawiecki dzięki temu rząd ma na 500 plus. Ilu z tych obywateli na pytanie - na przykład hydraulika - z fakturą (123 zł) czy bez (80 zł) odpowie: „Oczywiście, że z fakturą. Jestem wyborcą PiS”? „Luka” VAT byłaby wówczas niższa.

Kto zyskuje, a kto traci

Teraz dochodzimy do prawdziwych oszustw - czyli wyłudzania VAT. Mechanizm polega na tym, że ktoś wystawiał faktury dla odbiorcy za granicą, ale towar trafiał na rynek krajowy, a nie za granicę i był nabywany przez krajowych konsumentów.

Najzabawniejsze, że państwo na tych wyłudzeniach nie traci, tylko nie zyskuje. W ten sposób oczywiście też traci, ale nie ma to znaczenia z punktu widzenia  bieżących wydatków (choćby tych na 500 plus). Ale za to zyskują zazwyczaj konsumenci. Tak, jak w przypadku gdy kupowali zestawy fast food - bo płacą mniej za towar, który udaje wyeksportowany, a jest sprzedawany w Polsce.

Jakby został on rzeczywiście wyeksportowany, państwo zwróciłoby VAT eksporterowi. Gdy zostaje w Polsce - zwraca oszustowi VAT. Oszust znika i państwo nie może dochodzić od niego należności. A jak nie może od oszustów, to dochodzi od wszystkich pozostałych i nie pozwala im odliczyć naliczonego podatku VAT, choć go zapłacili.

Wróćmy do przedstawionego przykładu. Przedsiębiorca D wystawił fakturę odbiorcy zagranicznemu na 150 zł + 0 proc. VAT, "odzyskał" z urzędu skarbowego 29,90 zł i zniknął. Urząd skarbowy domaga się od przedsiębiorcy A 23 zł, od przedsiębiorcy B - 27,60 zł, od przedsiębiorcy C - 29,90. Razem - 80,50 zł. Nazywa się to "solidarną odpowiedzialnością". Została ona wprowadzona przez PO. PiS z niej skrupulatnie korzysta. Niestety sądy administracyjne posłusznie od tych wszystkich Bogu ducha winnych przedsiębiorców takie podatki zasądzają. Gdyby nie wyłudzenie kwoty 29,90 przez przedsiębiorcę D, państwo otrzymałoby 15 zł. A rząd PiS się chwali, że "uszczelnił" system na kwotę 70,50 zł (80,50 zł - 15 zł). Rzeczywiście więc trochę kłamie. Ale czy nic nie zrobił?

Za tydzień będzie o mafii podatkowej - w szczególności paliwowej - i o kłamstwie PO.

 

Autor: 
Robert Gwiazdowski
Źródło: 

interia.pl

Polub Plportal.pl:

Reklama