Gwiazdowski: PIS wprowadził w najwyższy podatek w Unii Europejskiej. Inflacja prawie 5%

Reklama

pt., 05/14/2021 - 06:59 -- zzz

Mamy w Polsce podatek inflacyjny najwyższy w Unii Europejskiej. To już 4,3 proc. Biorąc pod uwagę naukową definicję podatku, o której pisałem w ubiegłym tygodniu przy okazji "podatku reprograficznego", inflacja też podatkiem nie jest. Biorąc jednak pod uwagę jej skutki dla statystycznego obywatela - jest.

 

Krytyka inflacji zaczyna być traktowana przez jej zwolenników niemalże jak krytyka polityki klimatycznej, albo równouprawnienia różnych płci...

Jak obywatel statystyczny za każde otrzymane od pracodawcy 100 zł netto mógł kupić 100 bułeczek po 1 zł za sztukę, a rząd podniósł podatki i pracodawca wypłaca mu 95 zł, to może on sobie kupić 95 bułeczek. Jak rząd nie podwyższy podatku, ale doprowadzi do inflacji i bułeczki podrożeją (jedna będzie kosztowała np. 1 zł i 5 gr), to też kupi 95 bułeczek. Efekt będzie taki sam.

Ale zwolennicy inflacji - tak samo zresztą jak zwolennicy podatków - twierdzą, że to dobrze.​

Dzięki inflacji mamy ponoć wzrost gospodarczy i mniejsze bezrobocie! Bo - jak widać na tak zwanej "krzywej Phillipsa" - inflacja i bezrobocie poruszają się w przeciwnych kierunkach: spadek inflacji to wzrost bezrobocia, a wzrost inflacji to niższe bezrobocie. A przy niższym bezrobociu pracownikom łatwiej wywalczyć podwyżki wynagrodzeń, a wyższe wynagrodzenia to większy popyt w gospodarce, a większy popyt to większa produkcja, a większa produkcja to większy wzrost gospodarczy, a większy wzrost gospodarczy to niższe bezrobocie, a jak niższe bezrobocie, to pracownikom łatwiej wywalczyć podwyżki... itd. itp.

Ale, trywializując, jak ceny wzrosły w styczniu, bezrobocie spadło w lutym, pracownicy wywalczyli podwyżki w marcu, to w kwietniu ceny są już wyższe niż były w styczniu, gdy się wszystko zaczęło. Podwyżki wynagrodzeń nigdy nie doganiają inflacji.

Mity  najlepiej weryfikuje życie. Pod koniec lat 70. XX wieku w USA równocześnie wzrastała i inflacja i bezrobocie. Kilka lat wcześniej przewidział to Milton Friedman. Gdyby, mimo wykazania przez niego teoretycznych ułomności modelu Philipsa, praktyka go nie sfalsyfikowała, krytyka zostałaby pewnie zignorowana. Gdyby zaś złe doświadczenia praktyczne nie zbiegły się z podważeniem przez Friedmana teoretycznych założeń modelu, zostałby on nieco zmodyfikowany przez wprowadzenie nowej zmiennej i przyjęcie odpowiednio dużych wielkości rezydualnych. Gdy jednak zbiegły się w tym samym czasie zastrzeżenia teoretyczne z empirycznymi dowodami nieprawidłowości przyjętych założeń, upadek paradygmatu był nieuchronny.

W Polsce, w ostatnich latach było jak w USA. W 2005 roku, inflacja wynosiła 4,5 proc., stopa bezrobocia oscylowała wokół 18 proc. A jak w 2015 roku mieliśmy deflację 1,5 proc., to stopa bezrobocia spadła do 10 proc. Sprawdza się jednak powiedzenie: "jeżeli fakty przeczą teorii, to tym gorzej dla faktów". Mawiał tak między innymi Josif Wissarionowicz Dżugaszwili -  pseudonim Stalin.

Krytyka inflacji zaczyna być traktowana przez jej zwolenników niemalże jak krytyka polityki klimatycznej, albo równouprawnienia różnych płci. Niedługo przeczenie dobroczynnym skutkom inflacji zacznie być też nazywane "denializmem".

Ale trudno. Narażę się po raz kolejny. Przypomnę jeszcze, że nominalna wysokość podatku inflacyjnego zależy nie tylko od tego jak ceny rosną, ale i od tego co i jak mierzymy. Wysokość realna jest często wyższa, co go różni od innych podatków, których stawki nominalne są wyższe od realnych. Wskaźnik inflacji czyli wzrostu/spadku cen towarów konsumpcyjnych (Consumer Price Index - CPI) jest średnią ważoną cen towarów i usług nabywanych przez statystyczne gospodarstwo domowe. Bierze się przy tym pod uwagę statystyczny koszyk zakupów i udział poszczególnych produktów i usług w łącznych wydatkach gospodarstwa. CPI nie jest więc miarą inflacji, tylko wskaźnikiem zmian kosztów utrzymania. 

Co więcej, takiego konkretnego gospodarstwa domowego, z takim rozkładem wydatków na poszczególne towary i usługi jak gospodarstwo "statystyczne" oczywiście nie ma! Ceny niektórych towarów i usług rosną szybciej niż innych więc ludzie, jak to ludzie, kupują więcej tańszych zamienników (efekt substytucji). Pojawiają się też nowe dobra i usługi, które ci ludzie nabywają zanim w ogóle pojawią się one w koszyku statystycznym. Ale przecież w makroekonomii liczy się statystyka a nie jacyś tam ludzie. Niektóre towary, choć są, to ich w tym "koszyku" nie ma - jak, na przykład, paliwa. Są w nim za to towary - takie jak "komputer" - które regularnie tanieją, więc obniżają poziom inflacji. Nie wiadomo czy nadal będą, jak rząd wprowadzi podatek nazywany "opłatą reprograficzną". Komputery podrożeją - inflacja wzrośnie. No, chyba że komputery zostaną wyjęte z koszyka inflacyjnego, żeby w ten prosty sposób "powstrzymać" wzrost inflacji.

Jest i druga strona medalu. Skoro "popyt napędza podaż" to jak ludzie czują, że ich pieniądze tracą na wartości (inflacja) szybciej je wydają. I odwrotnie - jak oczekują spadku cen, to się powstrzymują z zakupami i nie generują "ożywczego" popytu. Jaki jest skutek "nieoczekiwany"? Ano taki, że produkuje się coraz gorszy sprzęt AGD i RTV, a badania  rozwojowe (R&D) koncentruje na postarzaniu produktów (planned obsolescence). Żeby  ludzie musieli odpowiednio często je wymieniać - i nie czekali aż potanieją. A jak się spodziewają, że raczej podrożeją (inflacja), to nawet nie czekają aż się same popsują. Tak wygenerowany "popyt" powoduje, że zużywa się do jego zaspokojenia energię i surowce, do wydobycia których potrzebna jest także energia, a częściej wymieniane produkty trzeba utylizować, do czego zużywa się więcej energii. A tak się jakoś składa, że zwolennicy inflacji ożywiającej popyt są zazwyczaj zwolennikami aktywnej walki z ociepleniem klimatu. To pewnie skutek inflacji logiki.

 

Autor: 
Robert Gwiazdowski
Źródło: 

interia

video: 
Polub Plportal.pl:

Reklama